
| Engine | Displacement | Power | Acceleration | Top Speed |
| V12 | 1.5-2.0 L |
Na Ferrari trzeba patrzeć inaczej. Enzo nigdy nie chciał robić aut na produkcję. Nie to było jego marzeniem. On od zawsze miał na celu wyścigi. Jest to jednak dość kosztowne hobby, a niektóre formaty na najwyższym szczeblu zwyczajnie wymagają jeżdżących egzemplarzy w celach homologacji, aby w ogóle móc rywalizować. Dlatego więc motorsport był dla Enzo powołaniem, a produkcja aut dla klientów cywilnych – jedynie koniecznością. Pracą, do której nie chciał – ale uczęszczał, bo zwyczajnie musiał, aby móc napędzać swoje zainteresowania sportowe.



Na Ferrari trzeba patrzeć inaczej. Zwykle sytuacja jest jasna – no takie Porsche na przykład… Wszyscy wiedzą co jest co. Porsche to od ponad pół wieku było topowe 911 z jakimś modelem towarzyszącym – nierzadko bardziej konwencjonalnym, o bardziej przystępnych osiągach i w atrakcyjnej cenie. Były to kolejno 912, 914, 944 i Boxster.
Lamborghini miało podobny schemat: model flagowy w postaci supersamochodu – w parze ze słabszym i tańszym autem sportowym. Miura i Espada. Countach i Jalpa. Murcielago i Gallardo.
W Jaguarze sytuacja była odmienna, ale również klarowna. Jaguar to przez większość czasu auto sportowe – w postaci najpierw modelu XK120, przez E-Type’a, XJS-a, który go zastąpił aż do XK8 i F-Type. To była jedna strona Jaguara – drugim obliczem tej marki była rodzina flagowych limuzyn serii XJ. Poza autem sportowym i modelem XJ nie było właściwie nic, co utrzymałoby się dłuższy czas. Oczywiście od wszystkich ww. znajdą się wyjątki w postaci chociażby SUV-ów, ale to jest moda relatywnie młoda, a i nie warta uwagi, więc tego nie liczę.



No i wszystko jest jasne… ale na Ferrari trzeba patrzeć inaczej. Tak naprawdę, ta marka nie ma swojego rywala – nie bezpośrednio. Nie mają swoich odpowiedników. Nie robią limuzyn, nie robią aut dla ludu. W ofercie Ferrari są właściwie wyłącznie auta sportowe.
I można powiedzieć, że przecież Porsche, czy Aston Martin rywalizują z Ferrari – ale z którym? Dlaczego z tym, a nie z innym? Ich wszystkie pojazdy są mocne, szybkie, piękne i ekskluzywne. Nierzadko nie są możliwe do dostania wyłącznie za pieniądze – na możliwość zakupu niektórych trzeba sobie zasłużyć w inny sposób: np. mając doświadczenie za kierownicą Ferrari i posiadając odpowiednią ilość łatwiej dostępnych aut marki.
Jak więc powiedzieć który jest flagowy? Czy w ogóle można któryś tak nazwać? Który model jest kontynuacją którego? Jest sposób jak szybko zidentyfikować każdy z modeli tak, żeby w parę sekund zorientować się w którym miejscu na mapie się on znajduje. Sposób o tyle dobry, że będziemy go stosować do wszystkich artykułów dotyczących drogowych aut tej marki.



Otóż aby wiedzieć o autach Ferrari wszystko, musimy mieć dane 3 typów. Rodzaj silnika, jego lokalizację i układ siedzeń. Zaczynając od punktu pierwszego: Ferrari tworzyło auta z widlastym sercem o ilości cylindrów równej 6, 8 lub 12. Taki silnik umieszczany był zawsze z przodu pojazdu, bądź centralnie. Ostatnim kryterium jest układ siedzeń a ten występował w dwóch wariantach: 2 osobowym oraz 2+2.
I to nam wiele o ich modelach mówi, bo znając te trzy rzeczy możemy łatwo rozstrzygnąć, że taka np. Testarossa jest następcą modelu Berlinetta Boxer, bo zastępuje w ich ofercie dwuosobowe coupe z V12 centralnie – w ich przypadku było to V12 o 180-stopniowym kącie rozwarcia cylindrów.
I tyle należy o tym wiedzieć. Osiągi, moc, cena czy jego nazwa – to nie ma w tym momencie znaczenia, a my możemy łatwo rozpoznać w którym momencie na osi X oba modele się znajdują. Dobra – skoro mamy to za sobą, to do rzeczy…

Enzo już od wczesnych lat 20-tych związany był z motorsportem. Jakieś tam sukcesy miał jako kierowca. Wygrał tam jakieś złote kierpce za kierownicą Alfy Romeo, był laureatem nagrody w postaci wafla. Szału nie było, ale też nie można powiedzieć, żeby mu się kompletnie nie powodziło.
Dopiero pod koniec dekady biznes nabrał rozmiarów, kiedy Enzo założył swój własny zespół, rywalizujący w oficjalnych barwach Alfy Romeo. No wtedy to zamiatali rywali w trzy dupy. A to z dwóch powodów – po pierwsze primo: mieli najlepszego technika w postaci Vittorio Jano. A po drugie primo: mieli najlepszego kierowcę, którym był przecież Tazio Nuvolari. Drink team, liga mistrzów – chyba nie ma dyskusji co do tego. Chłopy robili takie miazge na torze, że Alfa oddała im cały program wyścigowy z pocałowaniem ręki, dzięki czemu sami mogli skupić się na produkcji aut, a o sport się nie martwić w ogóle, bo Enzo im to pozałatwiał tak, że będzie pan zadowolony.



Niestety – albo “stety” – po prawie dwóch dekadach współpracy, Enzo Ferrari musiał zderzyć się z pierwszą schizmą. Tą, która zapoczątkuje jego imperium samochodowe. Koniec powinowactwa z Alfą Romeo – od teraz najszybsze auta w całych Włoszech, ba! – w Europie, albo i na całym świecie – będą nosić znaczki Ferrari! I choć pierwsze Ferrari to było jeszcze AAC 815 z części po Fiacie, to po wojnie Enzo mógł używać własnego nazwiska zgodnie ze swoim widzimisię.
Chciał ponownie zrekrutować Jano do swego projektu – to mu się co prawda nie udało, ale nabył osobistość nazwiskiem Gioacchino Colombo. Panowie również się znali ze współpracy w Scuderia Ferrari Alfa Romeo, gdzie razem maczali palce przy projekcie 158 na przykład. A co to była za maszyna – o kurwa, to wam kiedyś opowiem na bank.



Można go nie lubić, ale powiedzmy sobie jasno – Enzo Ferrari głupi nie był. Zdawał sobie sprawę, że świat odradzający się po wojnie nie będzie wymarzonym rynkiem zbytu dla drogich i ciężkich w utrzymaniu aut sportowych. Dlatego zadaniem Colombo było zaprojektowanie takiej platformy, co by była na tyle wszechstronna, aby mogła zainteresować szerokie grono klientów.
W odpowiedzi dostał dość prostą konstrukcję ramy rurowej i V12 w starym stylu Scuderia Ferrari z 60° kątem rozwarcia. Niby nic nowatorskiego, no ale zwycięskiego składu się nie zmienia, prawda…
Silnik miał mieć 1.5 litra – i słuchajcie tego: to było chyba najmniejsze V12 w historii naszej galaktyki. Ciekawa sprawa, bo wolnossący mógł sprawnie napędzać auta drogowe, a wystarczyło dołożyć mu kompresorem, aby robił robotę na torze. Jako, że miał ledwie 1.5 litra, to się bezproblemowo kwalifikował do wszystkich Grand Prix. Generalnie robi to sens.



Niestety Colombo wrócił do Alfy Romeo, więc do prac nad Ferrari zaciągnięto pana nazwiskiem Aurelio Lampredi. Te ich silniki miały pewne problemy – on miał je ogarnąć. Wkrótce Enzo opublikował swoją ofertę: Ferrari model 125 S.
Nazwa pochodziła od wariantu użytego silnika – od objętości pojedynczego cylindra – i jest to tradycja, która zostanie z tą marką na lata. Z marcem 1947 roku, pierwszy egzemplarz został powołany do życia. W maju Lampredi również odchodzi. Powstaje drugie auto, ale różni się od pierwszego dość znacząco. Wczesna wersja była normalnym roadsterem, ten nowy to miał w ogóle poodsłaniane koła.
Oba wyruszyły na zawody do Piacenzy, ale jeden po ciężkiej przeprawie zaczął dymić, zaczął się w ogóle krztusić, ja nie wiem… Generalnie – jak w Kilerze – to chyba pompa. Musiał się wycofać, choć do tej pory zajmował pierwsze miejsce. Enzo sam przyznał, że to była dość “obiecująca porażka”. Chyba trzy okrążenia miał do końca. Ten drugi projekt w ogóle się rozbił – nawet nie raz tylko dwa razy. Tragedia. Dwa tygodnie później przyszedł czas na drugi start – wtedy już wygrali. Pierwsze zwycięstwo dla marki Ferrari – już z drugim wyścigiem. A w 4 miesiące wygrali ich w sumie 6 z 13 prób ogółem.



Oba auta otrzymywały wsparcie i były rozwijane równocześnie przez cały sezon. V12 trzeba było powiększyć, aby mogło rywalizować z silniejszymi. Do tego trzeba było co najmniej 1.9 litra. Dlatego modele z takim silnikiem (czyli oba istniejące auta – do dziś nie zachowało się żadne w konfiguracji 125 S) przemianowano na 159.
Powstał trzeci egzemplarz – z wyścigową karoserią. Udało się skonsultować z Colombo, i po jego sugestiach wszystkie 159 potężnie zyskały na osiągach. Takim egzemplarzem Raymond Sommer wygrał GP Turynu – pierwszy major na koncie Ferrari. Właśnie za kierownicą zmodernizowanej 159.
Ten ostatni egzemplarz właśnie stanowił bazę do auta, które miało trafić do klienta na drogi publiczne. Był bardzo zaawansowany pod względem karoserii – czy nadwozia, no powiedzmy… ale jeszcze było sporo roboty nad silnikiem. Ponownie podniesiono pojemność – wariant 166 miał już prawie 2 litry, ale dalej klasyfikował się w zawodach.
W momencie sprzedaży auta, było już ono triumfatorem wyścigu w Turynie. Tak powstała Spyder Corsa 166, która była ze 125 S bezpośrednio związana. Wariant 166 znalazł jeszcze siedmiu właścicieli zanim Ferrari wprowadziło zupełnie nową generację auta sportowego.



To był niewątpliwy sukces Ferrari. Enzo – jego konkretnie, a nie samego modelu, bo ten był udany, ale nie można było sobie wyobrazić gorszego momentu na start biznesu w tamtym okresie. Wielu miało lepsze warunki, ale polegli – a jemu się udało.
To dzięki świetnemu zmysłowi w zarządzania firmą, oraz ogromnej determinacji pana Ferrari. Prawda była taka, że Colombo rozrysował plany 125 na kolanie, a w dwa lata potem jego bezpośrednia pochodna – wariant 166 – wygrywa wyścig Le Mans z Luigim Chinettim za kierownicą.
Ten zrobiony na kiblu projekt Colombo będzie stanowił podstawę do wielu modeli Ferrari aż do lat 60-tych, i pomoże im do tego czasu osiągnąć absolutny top 1 na świecie. Duży odsetek sukcesów z Le Mans z tamtego okresu będzie można w pewnym stopniu przypisać tym silnikom.



Dzisiaj jednak historia tych modeli jest niejasna. Dokumentacja się nie zachowała, a wiele części z jednych egzemplarzy trafiało do innych. Wśród historyków panuje opinia, że obie sztuki 125 S zostały podniesione do standardu 166 Spyder Corsa – i tak trafiły do klientów – co oznacza, że ani jeden nie zdołał się zachować w oryginalnej specyfikacji. Ciekawostka – jeden z pierwszych klientów dostał rabat na swój egzemplarz, bo został mu sprzedany jako nowe auto, a gdy je odebrał to się okazało, że wiele części było już zużytych. Taka to… historia… ŻYCIOWA.
W latach ‘80-tych – na 40-lecie istnienia marki – zakłady Michelotto we współpracy z Ferrari i przy użyciu ich części, wykonały idealne Ferrari 125 S na bazie auta, które uznano za pierwszy z wszystkich stworzonych oryginalnie modeli 125… Ferrari, które jednak przez znawców NIE jest klasyfikowane jako trzeci egzemplarz 125 S, a jedynie replika.
Odbywa się w tym temacie żywa dyskusja, są argumenty za i przeciw. Oficjalnie uznaje się, że modeli w konfiguracji 125 S powstało sztuk 2 w roku 1947, i z której nie zachował się żaden. Najstarszym sprawnym Ferrari jest jedna z pochodnych, ale już nie w oryginalnym pierwszym standardzie z półtoralitrowym V12, a z 1.9 pod maską (Ferrari 159 S). “Replikę” można oglądać do dziś.
Krzysztof Wilk
Żródła: to odzyskany tekst z utraconej witryny – źródła są do uzupełnienia














































































