Numbers Built: 4640 Configuration: Blue Flame Straight 6 OHV Location: Front, longitudinal Displacement: 3.859 l (235.5) Aspiration: N/A Power: 150 bhp Gearbox: 3-speed Powerglide Automatic Drive: RWD Weight: 1309 kg Top Speed: 164 km/h (102 mph) 0-100: 11.0s
W nowojorskim hotelu Waldorf Astoria miała miejsce Motorama 1953, podczas której to przedstawiono światu legendę motoryzacji – Corvettę. Zdecydowanie nie porwała tłumu od razu – wręcz przeciwnie, po 3 latach chciano nawet zaprzestać produkcji. Chevrolet Corvette był odpowiedzią GM na stale rosnące zapotrzebowanie na europejskie kabriolety. Podczas projektowania nadwozia skupiono się na zachowaniu niewielkiej wagi, co pozwoliłoby konkurować z małymi roadsterami z europejskim rodowodem. Sporo zaoszczędzono wykonując całą karoserię z włókna.
Samochód napędzała 150-konna rzędowa jednostka o sześciu cylindrach połączona z 3-biegową skrzynią Powerglide. W połowie 1954 auto dostało boosta w postaci dodatkowych 5 koni mechanicznych a w ostatnim roku produkcji tej serii (C1), czyli 1955, auto można było już nabyć ze 195-konnym V8 i 3-biegowym manualem.
Samochody wychodziły z fabryki we Flint, w Michigan już w czerwcu 1953. Wszystkie 300 sztuk (w pierwszym roku powstało tylko tyle) miały czerwone wnętrze. Na sezon 1954 planowano zwiększyć produkcję do 10000 modeli, ale finalnie było ich 3640 z czego 1/3 się NIE SPRZEDAŁA do końca roku. Kiedy koniec Corvetty był już tuż-tuż, wyprodukowano ledwie 700 sztuk modelu ’55 Corvette.
Co zawiniło? Napewno sukces Forda Thunderbirda [1955] był główną przyczyną słabej sprzedaży. W odpowiedzi Chevrolet musiał mocno przeprojektować cały model na rok 1956. Zmianie uległo zawieszenie, silnik i karoseria. Po ciężkich trzech latach nadszedł koniec posuchy i od 1956 sprzedaż rosła z roku na rok coraz bardziej. Auto numer 10000 zjechało z fabryki w 1960.
ZDJĘCIA: ultimatecarpage.com ARTYKUŁ: ultimatecarpage.com WERSJA POLSKA: Krzysztof Wilk
Lancer GSR 1600 już odnosił sukcesy, więc w 1981 Mitsubishi poskładało Lancera EX 2000 Turbo – specjalnie do Grupy 4. Dwa lata potem zapowiedziano Grupę B a żółtki zdawali sobie sprawę, że to właściwie zwykły, konwencjonalny Lancer, w dodatku cierpiący na młodzieńcze dla tego modelu problemy. Nie mieli wtedy podejścia do takiego Audi, które miażdzyło a jeszcze dobrze nie wyjechało. Niemcy mieli napęd quattro z wszystkimi bajerami i na widok tego Japońce szczali po kostkach.
Gdy przyszło podjąć decyzję co do modelu, ta wydawała się prosta – nowy flagowiec, Starion. Za projekt odpowiedzialny był Andrew Cowan z RalliArt UK i miał w teamie Alana Wilkinsona – a facet pomógł stworzyć napęd quattro i miał niebywały wpływ w rozwój 4×4. Seryjny Starion był sportową furą z napędem na tył, co stanowiło wspaniałą bazę do późniejszych prac. Najpierw zamontowano parę części (m.in. dyferencjał) z Pajero 4×4, żeby to dawało radę. Pomogło to też na umiejscowienie silnika wzdłużnie cofniętego z przodu, co dało plus do rozkładu masy, trakcji i sterowności.
Podobnie do konkurencji, RalliArt skłonił się ku sprawdzonej już wcześniej w rajdach jednostce – w ich wypadku z Lancera EX 2000 Turbo. Napewno zaoszczędzono tak sporo czasu i można było praktycznie od razu zasiąść nad wyczynowymi poprawkami. Chciano jednak na końcu do Grupy B użyć silnika legendy – 4G63 w wersji Sirius Dash. Już w Tokyo (1983 Motor Show) o tym mówiono i miał mieć 3 zawory na głowicę z dwoma zaworami ssącymi na każdą, kiedy jeden stale pracował a drugi włączał się od 2500 obrotów. Chciano tak zwalczyć spadki mocy przy niższych obrotach a przy uturbionych silnikach lagi były największym problemem.
Starion Evo miał już przewiercone z 1.995 do 2.140l cylindry. Zasady GrB mówiły, że silnik z turbo mnożymy x1.4, więc Mitsubishi wykorzystało to dla stworzenia przewagi. Silnik po mnożniku plasował się w kategorii 2.5-3 litrów i generował koło 350 koni mechanicznych.
Karoseria przypominała zwykłego Stariona Widebody. Przeprojektowano lekko przód, wmontowując łatwiejsze w wymianie lampy zamiast tych podnoszonych. Dawały one też lepsze światło do wyścigów i były bardziej niezawodne. Umożliwiło to również skrócenie przodu o 15 cm, zmniejszenie wagi i wstawienie dłuższego grilla dla lepszego chłodzenia. Plastiki powzmacniano włóknem węglowym a większość karoserii dostała włókno szklane i (w wersji evo) carbon z kevlarem. Lekkie kompozyty były na masce, na bagażniku, na drzwiach, nadkolach i spojlerach oraz zderzakach. Razem zmieszczono się na 1050 kilogramach.
Wczesny prototyp Stariona 4WD wygrał Rallye des Milles Pistes 1984 odbywany na sławnym francuskim poligonie – część Rajdowych Mistrzostw Francji. Projekt w tamtej fazie był jednak jeszcze daleki od ukończenia. Jak zwykle – było wiele opóźnień. A to management miał jakieś wątpliwości co do całego przedsięwzięcia, a to nie byli przekonani do możliwości ich klasycznej konfiguracji w świetle nowych pojazdów z silnikiem centralnie. Starion wyglądał raczej topornie, jak samochód dziadka w porównaniu do nowych sportowych gablot.
Na krajowym podwórku dawał jednak radę – zwłaszcza w Azji, gdzie ciężko było znaleźć rywala z silnikiem centralnie. I tak prace powoli szły do przodu a homologacji spodziewano się pod koniec 1986, wraz z oficjalnym startem na RAC Rally. Grupę B jednak zakończono z końcem ’86 i cały projekt Stariona 4WD Rally zdechł przed ukończeniem prac. Mitsubishi mogło się nawet bardziej nadawać do propozycji Grupy S ale ta też nie doszła do skutku, bo członkowie (żeby nie powiedzieć chuje) FISA oraz BPICA nie doszli do porozumienia w kilku kluczowych kwestiach.
Jedynym wyjściem była rywalizacjia w Grupie A (która zajęła miejsce GrB w 1987), ale to wymagałoby 5000 pojazdów do homologacji. 5000 z napędem 4×4, silnikiem 2.1 turbo cofniętym za skróconą maską. Dało się to zrobić, ale czy był sens? Model miał już 5 lat na karku a nosa wyściubił już Galant VR4 (6 gen), więc to on w wersji 4×4 Group A zajął miejsce rajdówki Mitsubishi. We wczesnych latach ’90 duch Lancera powrócił w nowej serii pojazdów Lancer Evolution a kilka osób z oryginalnej ekipy odpowiedzialnej za powstawanie Stariona 4WD później stworzyło replikę tego pojazdu dla pewnego denczelmenta z Japonii by ten mógł się nim ścigać w eventach historycznych. Ten konkretny pojazd różnił się nieco od orginału – miał kierownicę z prawej strony i bazował na Starionie GSR-VR [1987]. Miał też napęd na tył i bliżej mu było do tego, co Mitsubishi wypuściłoby do homologacji a nie wersji wyczynowej. Właściciel wystawił auto na sprzedaż w roku 2019. Auto w żółtym kolorze (Lucky Strike) wystąpiło również w jakiejś chińskiej bajce w 2008 (Special Stage – Esu esu).
ZDJĘCIA: rallygroupbshrine.org ARTYKUŁ: rallygroupbshrine.org WERSJA POLSKA: Krzysztof Wilk
W 1985 FISA (poprzednik FIA) zapowiedziało Grupę S, która mogła zastąpić Grupę B. Na nowych zasadach wystarczało opracować tylko 10 pojazdów do homologacji, więc można było się ścigać praktycznie prototypami. Nowa formuła miała wejść w życie 1 stycznia 1988, ale zarówno GrB, jak i GrS zostały skasowane.
Toyota Celica TCT była pierwszym autem tej marki uczestniczącym w rajdach Grupy B. TCT powstała w czasach, gdy normą był jeszcze napęd na tył, więc gdy weszła nowa moda na 4×4, to już zaczynała powoli zdychać. Rozwiązaniem była radykalna zmiana w postaci nowego i kosztownego projektu. Gdy poszły plotki, że do planowanej Grupy S wystarcza 10 aut, to Japończycy dołączyli do wyścigu szczurów. Projekt opracowywany w Toyota Team Europe nosił miano 222D.
Oczywiście marketing zadecydował, że do bazy użyto najnowszego sportowego modelu z silnikiem centralnie – MR2. Żadna też niespodzianka, bo w tym czasie najlepszy był Peugeot 205 T16 w tej konfiguracji a Lancia już kończyła prace nad S4. 222D oczywiście miała niewiele wspólnego ze zwykłą MR2. Na zewnątrz pojazd przypominał drogowy odpowiednik ale już był widocznie poszerzony, dla lepszej stabilności i możliwości użycia szerszych opon. Karoseria została wykonana z kompozytów i cały tył się podnosił jak maska, aby ułatwić dostęp mechanikom. Za przednią maską znajdowały się części chłodnicy. Podnoszone lampy zamieniono na normalne, które były bardziej niezawodne, lżejsze i łatwiejsze w wymianie. Do tego zamontowano lampy dalekosiężne, dla lepszej aerodynamiki pokryte poliwęglanem. Samochód miał przydomek Czarny Potwór ze względu na czarne pół-błyszczące malowanie, które uwypuklało agresywne linie nadwozia.
Powstały 2 sztuki do testów. Jedna miała napęd na tył na asfalt, a druga – znany z rallycrossu Xtrac 4×4. Do tego, testowano 3 różne silniki. Pierwszy był prototyp z Grupy C – 2.140 503E LeMans GTP (i to najpewniej po nim nazwano projekt – 222D, czyli MR2 2.2l). Była też jednostka 2.090 4T-GTE z Celiki Twin-Cam Turbo. Ponoć – ponoć – była też jakaś wersja V6 ale może to tylko takie gadanie. Moc we wszystkich wersjach miała sięgać 600 koni ale było to raczej bliżej 700. Auto z napędem na tył ważyło 750 kg, co z silnikiem o mocy 750 koni dawałoby rozkład mocy do masy rzędu 1 konia na kilogram.
Potem nadeszły zmiany w projekcie planowanych rozgrywek i wymagano minimum 1000 kg masy własnej pojazdu do homologacji. Wzmocniono więc konstrukcję jeszcze bardziej i zmyślnie rozdysponowano balast po samochodzie, tak żeby środek ciężkości był perfecto. Ale to nie był jedyny problem, bo Toyota pracowała nad silnikami w zgodzie z początkowymi ustaleniami, które były niemal identyczne do tych z Grupy B. FISA rozmyśliła się i pod tym względem, zmieniając regulacje do max 1.8 dla silników turbo a przez to TTE musiało zacząć projekt od początku.
222D ponoć odbywała test w Szkocji w lesie Eskdalemuir i na piaskach poligonu Bagshot w Camberley. Za kierownicą zasiadali: właściciel TTE Ove Andersson oraz kierowca teamu Bjorn Waldegard. Andersson był szwedzkim kierowcą rajdowym od 1966. Zaczynał w Mini Cooperze ale dostał się do Toyoty, gdzie z Toyotą Celicą startował w RAC Rally 1972. Założył swój własny team ale był wierny modelom Toyoty, więc z czasem jego własność przekształciła się w oficjalny wydział rajdowy japońskiej marki z siedzibą w Kolonii. Przed śmiercią w 2008, Andersson wypowiedział się o 222D: „Nigdy nie wiedziałeś co odpierdoli. Tyle mocy w pojeździe o tak małej wadze i krótkim rozstawie osi… można było odjebać 360 bez ostrzeżenia”. Andersson sam optował ZA usunięciem Grupy B, jak i Grupy S.
O projektach 222D niewiele wiadomo, bo wszystko poszło do kosza. Prace były bardzo zaawansowane, ale jeszcze nie dobiegły końca. Z tego co wiadomo, MR2 walczyłaby o mistrzostwo, gdyby do GrS jednak doszło i samochód nie został porzucony na placu boju bez wsparcia. Przed oficjalnym zakończeniem prac podobno powstało 11 egzemplarzy 222D. Wiele się rozleciało przy crash-testach ale 3 napewno przetrwały do dziś: 2 czarne i jeden biały – ten siedzi w Tokyo i jest 5cm dłuższą wersją, bliżej wyglądem do drogowej. Jeden czarny jest w siedzibie TTE w Kolonii a drugi gdzieś niedawno został kupiony przez (miało być „kurwę prywaciarza, jak to w memach mawia Morawiecki” ale tym razem się powstrzymam) kolekcjonera.
Po banie Toyota kontynuowała wysiłki z Group A Celica GT-Four 4×4, którą zbiegiem okoliczności opracowywano w tym samym czasie co 222D, w tym samym wydziale, w tym samym nawet warsztacie. Oba pojazdy dzielą niektóre części i mają ich własnej roboty Xtrac AWD. W 2007 na festiwalu w Goodwood doszło do niespodziewanki. Pojazd, który był ponoć dokładnie tą sztuką testowaną przez Anderssona, robił uphill na Festiwalu Prędkości. Oba czarne egzemplarze 222D można było również zobaczyć w 2016 na Eifel Rallye Festival w Germanii na 30-lecie ostatniej edycji Grupy B (choć nie jeździły). Wtedy właśnie ktoś samochód nabył i w rok później już uczestniczył w startach na festiwalu.
ZDJĘCIA: favcars.com | rallygroupbshrine.org ARTYKUŁ: rallygroupbshrine.org WERSJA POLSKA: Krzysztof Wilk
Numbers Built: 10 Configuration: W16 4valve/cyl DOHC Location: Mid, longitudinal Displacement: 7.993 l (487.8) Aspiration: Four two-stage turbos Power: 1576 bhp Gearbox: DSG 7 speed Automatic Drive: AWD Weight: 1975 kg Top Speed: limited to 380 km/h (236 mph) 0-100: 2.4s
Już od 110 lat Bugatti znane jest z ogromnej mocy i niezwykłego designu. Do produkowanych przez Francuzów hyper-samochodów dołącza nowy Centodieci, powstały w ekskluzywnej limitowanej edycji w duchu z niedawną historią marki. Sam szef Bugatti, Stephen Winkelmann powiedział, że Centodieci jest hołdem w stronę modelu EB110 z lat ’90, który spowrotem umiejscowił markę twardo na rynku po prawie 40 latach niebytu. Był to wtedy dla Bugatti wielki krok – przeniesiono fabryki do nowopowstałej placówki w Molsheim i marka wróciła do domu – do Francji, gdzie zaraz powstał pierwszy nowoczesny hiper-pojazd – Bugatti Veyron.
EB110 SS
Dumny z długiej historii marki, Winkelmann jest świadomy, że EB110 miał w niej spory udział. Właśnie dlatego powstał Centodeici (z włoskiego „110”) i choć produkcja EB110 miała miejsce w Campogalliano we Włoszech, to model nigdy nie wyparł się swych francuskich korzeni. Poprzedni właściciel, Romano Artioli, otworzył fabrykę na 109-te urodziny Ettore Bugattiego (15 września 1990) i wybrał Włochy, bo w latach ’90 było tam wiele fabryk pracujących nad włoskimi sportowymi autami, więc łatwo było znaleźć doświadczonych ludzi do pracy w fabryce Bugatti. Wkrótce pokazano projekt nowego supersamochodu celebrującego 110 urodziny założyciela marki – Ettore Bugatti. EB110.
Wiele kwestii odzwierciedla ten model w Centodieci. Najtrudniejsze dla Głównego Projektanta, Achima Anschneidta, było skupienie prac nad nową interpretacją technologii z tamtych czasów, tak żeby nie przedobrzyć z kopiowaniem starego designu sprzed 30 lat. W katalogu Bugatti widnieją takie ekstrema jak Chiron, Divo, czy La Voiture Noire – a i tak to Centodieci ma mieć swoje unikatowe miejsce specjalnego auta dla entuzjastów marki.
EB110 SS
Projektanci sami przyznają, że napotkali wiele wyzwań pracując nad modelem. EB110 było bardzo spłaszczone, o kształcie klina – niemal dwuwymiarowe jak supersportowe samochody z lat ’80. Przeniesienie tego do nowego milenium bez zrzynania… mogło być problematyczne. Do tego trzeba było opracować sposób na połączenie aerotermicznych wymagań technologii z Chirona z kompletnie odmienną stylistyką.
Płaska chłodnica w kształcie podkowy, głęboko osadzony spojler i trzyczęściowe wloty powietrza świetnie współgrają ze sobą. Przód opada bardzo nisko, więc kształt podkowy – wizytówka marki – musiał zostać mocno skrócony. Jak twierdzi Anscheidt, to swoisty hołd w stronę EB110. Przód został zoptymalizowany i dzięki wydłużonym wlotom powietrze idzie przez całą maskę i jeszcze bardziej poprawia aerodynamikę.
Cały przód musiał współgrać z ogólną geometrią auta a przy tym zachować swe funkcje, czyli jakoś chłodzić silnik. Najnowszy projekt przednich lamp – bardzo wąskich, w chuj skomplikowanych, ze zintegrowanymi diodami LED dla świateł do jazdy w dzień – nie dość, że to wszystko wygląda ładnie, to jeszcze pięknie wpasowuje się w stylistykę nawiązującą do poprzedniego modelu. Wspaniałe połączenie klasyki EB110 z nowoczesnością.
„Zdołaliśmy przekształcić klasyczny design w coś, co zmierza w całkowicie nowym kierunku” mówi Główny Projektant. Zamiast kopiować kształt klina, gdzie jak typowo u Włochów, bardziej umięśniony tył idzie aż do przedniej osi, Bugatti postawiło na dynamiczny skok naprzód. Jak w większości modeli Bugatti belka B jest zaokrąglona w kształt litery „C”, tak nowe Centodieci rozstaje się z tym designem i podąża swoją ścieżką. Nowe Bugatti ma w tym miejscu 5 okrągłych otworów wpuszczających powietrze do 16-cylindrowej jednostki. Tym samym znów klasyka znana z EB110 wskakuje w nową epokę.
Z tyłu, zamiast płaskich, dwuwymiarowych lamp EB110, pozostawiono szeroki otwór kontrolujący termikę silnika – przypominający jednak wizualnie tył poprzedniego modelu. Ogarnięcie balansu temperatury zajęło inżynierom parę ładnych miesięcy. EB110 miało silnik za szkłem i to samo rozwiązanie zastosowano w nowym pojeździe. Cały tył stanowi niejako wielki otwór do wentylacji silnika, wykończony 8-częściowym tylnym oświetleniem oraz dwoma podwójnymi końcówkami wydechu i sportowym dyfuzorem. Tylne skrzydło jest przymocowane na stałe, jak w EB110 SS. Do tego jeszcze dochodzą inne elementy aerodynamiki, jak specjalna warstwowa tylna szyba, która również przekierowuje powietrze. Wszystko to zapewnia taką siłę docisku, że ja pierdolę.
Zamiast V12, Centodieci dostał kultową 8-litrową W16 o mocy 1600 koni. Musiała ona otrzymać dodatkowy wlot powietrza do chłodnicy. Dzięki temu pojazd osiąga 100 km/h w 2.4 sekundy, 200 w 6.1 a 300 w 13.1 sekundy. Elektronika odcina prędkość po osiągnięciu 380 km/h. Stephan Winkelmann twierdzi, że to nie sama prędkość jest oznaką hiper-samochodów. Centodieci, jeździ jak hypercar, wygląda jak hypercar i jest wykonany jak hypercar. Jest lżejszy od Chirona o 20 kilogramów. Masa rzeczy jest z carbonu – jak np. przednia szyba, czy stabilizatory. Stosunek mocy do wagi to 1.13 kilograma na 1 konia mocy. W Bugatti wiedzą, że dodanie mocy i zmniejszenie masy dobrze działa na osiągi i elastyczność pojazdu. Nowy model oferuje poprawiony stosunek mocy do masy dla jeszcze bardziej dynamicznego pokonywania zakrętów.
Białe auto stanowi kontrast do La Voiture Noire zaprezentowanego w marcu. Oba są całkowicie odmienne, choć zbratane ze sobą. Yin i Yang. Oczywiście, dla klientów dostępne będą specjalne edycje Centodieci w palecie kolorów do wyboru. Limitowana seria 10 pojazdów już została sprzedana. Nadszedł czas na ręczne wykończenie wszystkich aut i po 2 latach mają trafić do szczęśliwców, którzy sypnęli 8 milionami starych erło plus VAT. Po tym krótkim romansie z Włochami produkcja w końcu wróciła do Molsheim we Francji, gdzie ponad sto lat temu Ettore Bugatti wykonał swój pierwszy pojazd noszący jego imię.
ZDJĘCIA: ultimatecarpage.com ARTYKUŁ: ultimatecarpage.com WERSJA POLSKA: Krzysztof Wilk
Była piątym i najmłodszym dzieckiem białego listonosza i czarnej gospodyni. Dorastała w małej wiosce 80 kilometrów od Paryża, gdzie się udała w wieku 16 lat by pozować do aktów. Artysta, dla którego pracowała zachęcił ją do spróbowania sił w balecie i wkrótce, najpierw jako Hélène Nice a w końcu Hellé Nice, zdobyła reputację jako tancerka. W 1926 porzuciła karierę solową dla współpracy z Robertem Lissetem, z którym wspólnie występowała w całej Europie. Z tańca i modelingu miała taki hajs, że stać ją było na dom i własny jacht. W 1929 zdarzył się jednak wypadek podczas zjazdu narciarskiego, gdzie gwiazda baletu fatalnie uszkodziła sobie kolano uciekając przed lawiną i jej kariera musiała się zakończyć.
Drzwi do motoryzacji otworzył jej inny kierowca wyścigowy – Gerard de Courcelles, z którym miała romans, a który w 1925 wygrał 24h Le Mans dla Lorraine-Dietrich (zmarł 2 lata później w wypadku podczas GP). Paryż był wtedy centrum francuskiej motoryzacji a Helle uwielbiała szybkie samochody. Najpierw pojechała do Anglii, gdzie chciała startować w Brooklands, ale się wkurwiła, bo powiedziano jej żeby wracała do kuchni – to jeszcze przed wypadkiem na nartach. Już po – dostała szansę wystartowania w wyścigu podczas corocznego festynu, więc postanowiła pójść tą drogą, jako że tańczyć już i tak nie mogła. W 1929 za kierownicą Oméga-Six wygrała Grand Prix Kobiet na Autodrome de Montlhery i pobiła kobiecy rekord prędkości na lądzie a było to jedyne znaczące zwycięstwo w historii tego pojazdu. Przygotowywała się do tego wyścigu codziennie robiąc po 10 okrążeń a i tak na dzień przed eventem zachlała. Biba była taka, że nie brakło alkoholu, dragów ani kutasów. Brała udział w masie wyścigów w USA, gdzie jeździła po rozmaitych trasach za kierownicą amerykańskiego Millera.
Gdy wróciła zza oceanu, zadała się z Philippem de Rothschildem (z tych Rothschildów) i jako para żyli miłością do sportów samochodowych. Rothschild był w teamie Bugatti i przedstawił partnerkę panu Ettore Bugatti a ten widział w niej idealny element, którego w jego teamie brakowało. Dostała Bugatti Type 35C aby za jego kierownicą uczestniczyć w 5 dużych Grand Prix we Francji.
Jej pojazd miał jasno-niebieski kolor, który widzowie rozpoznawali bez trudu. Za każdym razem, gdy przejeżdżał wzbudzał wrzawę wśród kibiców, a jeździła bez kasku, bo ludzie uwielbiali jej włosy na wietrze. Była N I E S A M O W I C I E rozpoznawalna, tym bardziej, że jej buźka widniała na plakatach Esso, czy Lucky Strike’ów. Jako jedna z najpopularniejszych osób w kraju, zarabiała gruby pieniądz z wyścigów, który na dzisiejsze można by liczyć jako 100k dolarów za 1 event i, choć nigdy nie wygrała, to była trudnym przeciwnikiem. Bardzo często kończyła wyżej od najlepszych kierowców tego okresu. Przez ładnych parę lat była jedyną kobietą w Grand Prix i za kierownicą Bugatti oraz Alfy Romeo, ścigała się łeb w łeb z najlepszymi – nie tylko w Grand Prix, ale również hillclimbach, wyścigach wytrzymałościowych i rajdach a w tym – w słynnym Monte Carlo. Swoje pierwsze Grand Prix zakończyła na 4 miejscu ścigała się między innymi z Philippem Etancelinem, Rene Dreyfusem i Louisem Chiron. W 1930 ukończyła Grand Prix Le Mans na trzecim miejscu – przekraczając metę TYŁEM!
Nice jeździła już dla Alfy, kiedy 10 września 1933 miała miejsce jedna z największych tragedii w świecie motorsportu. Podczas Grand Prix na torze Monza straciło życie trzech najlepszych kierowców: Giuseppe Campari, Baconin Borzacchini oraz Polak – hrabia Stanisław Czajkowski. Helle Nice ukończyła ten wyścig na 3 pozycji. W 1936 pojechała do Brazylii by wziąć udział w dwóch eventach a tam pech dosięgnął i ją. Ostatnie okrążenie podczas Grand Prix Sao Paulo – Nice zajmuje trzecie miejsce, kiedy dochodzi do wypadku. Jej Alfa wyjebała salto w powietrzu i wbiła się w publikę. 6 ludzi od razu spakowano do wora a ponad 30 trafiło do szpitala. Nice została wyrzucona z pojazdu i wpadła na żołnierza, który przyjął całe uderzenie na siebie – co go zabiło, a jej uratowało życie. Wszyscy jednak myśleli, że czegoś takiego nie mogła przeżyć, tym bardziej, że straciła przytomność i się nie ruszała. Zabrano i ją, ale po 3 dniach w śpiączce się wybudziła a po 2 miesiącach została wypisana ze szpitala. W Brazylii była bohaterką – do dziś dziewczynki często nazywa się Hellenice, czy Ellenice. W 1937 chciała wrócić do ścigania. Liczyła na Mille Miglia i Tripoli Grand Prix, bo z tego był największy hajs. Nie dostała jednak wsparcia i wzięła tylko udział w serii wyścigów wytrzymałościowych dla kobiet. Tam (na zmianę z 4 innymi laskami) jechała przez 10 dni i 10 nocy bijąc 10 rekordów, spośród których kilku nie poprawił nikt do tej pory.
W 1939 Helle Nice marzyła o powrocie do Bugatti ale jej kizior Jean Bugatti zginął podczas testu własnego pojazdu a miesiąc potem krwiożerczy polscy naziści napadli biednych żydów i przyszła wojna. Przeniosła się więc na Lazurowe Wybrzeże, gdzie chciała przeczekać niemiecką okupację. W 1949 kierowca wyścigowy Louis Chiron publicznie podczas imprezy w Monaco (z okazji 1 Rajdu Monte Carlo po wojnie) oskarżył Helle Nice o kolaborację, ale jej biograf Miranda Seymour jest bardziej ostrożna z takimi werdyktami. Mimo, że na współpracę z Gestapo nie było dowodów – Nice już nie miała co szukać zatrudnienia. Nigdzie. W 2018 znów zbadano sprawę i opublikowano artykuł, który stwierdzał jasno, że Chiron musiał kłamać. Nie mniej – jej kariera dobiegła końca a jedna z najbardziej barwnych postaci XX wieku i pionierka kobiet sukcesu, dokonała żywota w dziurze zabitej dechami, w której zalęgły się szczury. Wystartowała w ponad 70 wyścigach na najwyższym możliwym szczeblu a musiała na starość zmienić splamione nazwisko. Z dala od rodziny, osamotniona, opluta, bez grosza, kradła mleko kotom sąsiadów. Jej prochy odesłano do jej siostry ale na grobie rodzinnym nie było wzmianki o niej. Dopiero w 2008 fundacja jej imienia umieściła stosowne informacje.
ARTYKUŁ: badgergp.com | grandprixhistory.org | historicracing.com | motorsportmagazine.com ZDJĘCIA: wikipedia.org | grandprixhistory.org WERSJA POLSKA: Krzysztof Wilk