1992 – Volkswagen Corrado VR6

Late ’80s Germany and Volkswagen presents their most expensive project in history – the Corrado. What, what, what?! The Corrado?! Yes. The Corrado. It was intended to replace Italdesign Giugiaro-designed model Scirocco, but the new Volkswagen was to be more modern and far superior in its core design. The bodies were ordered from Karmann, as the cooperation between both companies was long lasting at that point already: with the iconic Karmann Ghia as a perfect example. Half million and more of these cars came from their workshops since 1955. Great success. Karmann took part in Scirocco’s arrival – both 1st and 2nd generation – so one might say they know their business.

New Corrado was a VW Golf sports derivative, using its MK2 platform. It inherited its wheelbase and most of the internals, but the torsion-bar rear suspension was shared with the Passat. Corrado wasn’t the prettiest car on the market, but it’s slant nose and wide ass helped maintaining beneficial drag coefficient at the level of 0.32. Early Golf GTI powertrains – those were 1.8 16V – generated stable 136 bhp, and they were quickly assisted with a G60 motor (an 8-valve supercharged). Both maybe good for boiling water, but not for driving really. You had to step on it for at least 8 seconds to actually reach 60 mph… but the acceleration is not why people love these cars. They handle so great so that Autocar magazine dubbed them one of the best front-wheel drive models of all time. CAR, on the other way, said Corrado is one of the 25 cars everyone should drive at least once before they died.

Its underpowered motor was very detrimental, that’s why the Volkswagen failed to attract the amount of clients that would satisfy their sales department. The real change came with the year 1992, when they revised their powerplants. The whole thing was – they tried to find a way to put enough zylinders in, so that it accelerates – but packed in a way they could all fit the transverse layout. Hence: Vee Reihenmotor. An inline V. Not really a new concept. The 1920s airplanes flew on Lancia’s motors in the VR layout – and the real beginnings could be traced even 40 years further back… yet – till that point nobody experimented on cars, really. Germans made a V6 engine with such a sharp, 15 degree angle, to help cover all rows of cylinders under one head. In size, it was comparable to a Straight 4. The new compact engine made its debut in 1991 Geneva salon, where it sat under the hood of the new VR6 Passats. Such config could make 190 bhp from 2.9-litre which allowed for 6.5 second acceleration. You know what did 6.5 in 1992? Porsche 968. The faster one, that is – the Club Sport. 6.5 seconds. You’re not far from Escort RS Cosworth from here now. It’s the same territory. And mind this: there were no V6es on the market, nor any Turbo Straight 4s, that could match VR6 in its smoothness, mid range power delivery, or the feast-for-the-ears sound experience the VW offered.

The power was sent to a 5-speed. Fast and precise. The suspension was the bomb. It was smooth and handling – perfectly predictable. Instantaneous and accurate response for any steering wheel movement. No torque steer – even though it was a front-wheel drive. You could start feeling some only under hard acceleration. The ride was smooth and refined. Firm and sporty, but the suspension cushioned most bumps of the road. Very Golf-like, you could say. A trait inherited from the GTIs. Honestly – it did share a significant amount of components with the MK3 platform. It had a wide front track, which then led to further changes in aero design. Both front and rear were reinforced, and the spoiler in the back appeared. It was retractable, hidden during slow corners, and erected when in high speeds, giving that tiny bit of extra stability. And yes, you could say that even the likes of Fiesta ST were closing in – in terms of acceleration – but there was no match for Corrado when we speak about pure handling experience. The car is communicative, with a gearbox eager to always push it further, and engine that smoothly allows fun instead of violently pressing you against the driver’s seat.

The Volkswagen, with its Corrado, boldly steps in the market territory of such iconic cars like the Calibra, Celica, Ford Probe or the Prelude. You could argue if the rivals had better cars overall – but they did win the fight in the end. Not 100 thousand of VWs were made – and only a few with the VR engine. The first gen Scirocco alone made such numbers 5 times. Maybe the market situation didn’t reflect its value, but the Corrado was, in fact, better from almost every angle. VW body could fit 2 adults in the back, while being shorter than any of its rivals’! The front seats gave good level of comfort – enough for long distance travel. Well-planned interior design was more than just practical and fuel consumption: reasonable at least. Not to mention its splendid powertrain the amazing driving experience.

In the humdrum nowadays of the inline turbocharged motors – such of despicably tiny displacement – the Corrado is a treat. It’s unique architecture stands out in every manner. The car that is not afraid of wild mileage. Even a 30-year-old example satisfies in terms of performance in full rev range, while comfortably seating a man with his family. Practicability, versatility and reliability – and we’re still talking about the car, that is in a rough fight for the title of king of the FWDs – head to head against such rivals as Integra Type R or Lotus Elan. Sadly… there’s only around 2000 of them left in reasonable condition.

Krzysztof Wilk
All sources: favcars.com | wheelsage.org | wikipedia.org | autozine.org | retromotor.co.uk | pistonheads.com | evo.co.uk

Bernd Rosemeyer (1909-1938)

28 stycznia to moment, w którym – w 1938 roku – Bernd Rosemeyer, jeden z najlepszych kierowców w historii historii, dokonuje żywota podczas próby bicia rekordu prędkości. Jego Auto Union koziołkuje przy prędkości 430 km/h, zmieniając człowieka siedzącego za kierownicą maszyny, w kawał pasztetowej wyplutej na 100 metrów od wraku pojazdu.

Kariera Rosemeyera nie trwa nawet 1000 dni, a w ciągu jej trwania jest on w stanie wygrać wielkie Grand Prix 9-krotnie. Niemiec zaczyna jeździć wyczynowo w 1935 roku, i już w drugim starcie zdobywa drugie miejsce na podium, a w następnym roku wygrywa w ogóle całe mistrzostwa Europy – i w nagrodę zostaje mianowany SS-manem honoris causa. On sam tego nie chciał, ale to w progu jego domu pojawił się Himmler i powiedział, że od teraz ma chcieć. Jego żona, Elly Beinhorn, była pilotką i to bynajmniej nie do telewizora. Robiła długie dystanse, latała solo z Europy do Australii. Dość karkołomny sport dla kobiety w tamtych czasach – a ja pozwolę sobie powiedzieć, że na tamte czasy, to był ogólnie karkołomny sport. To tak, jakby dziś Robert Lewandowski z Igą Świątek – sami wiecie… a więc… odważna kobieta za sterami samolotu i najbardziej utalentowany kierowca jaki kiedykolwiek jeździł po tym łez padole – no wartość propagandowa była oczywista, więc parę szybko pod swoje skrzydła wzięli naziści, a samych zainteresowanych nikt o zdanie nie pytał. Każdy miał to raczej w dupie.

Niemcy to w ogóle sprytne gady. Już w latach ’30-tych potrafili dostrzec propagandową siłę bicia rekordów prędkości i HITRER mocno inwestował w tę branżę. Pies pogrzebany leżał w tym, że w ciągu 3 lat osiągane prędkości podskoczyły o 115 oczek w górę, a to oznaczało, że w takich warunkach to łatwym sposobem i kierowca mógł być pogrzebany – bo to już nie maszyna była decydująca… limitem od tej pory było niedoskonałe ludzkie ciało. No powiedzmy, że droga ma 8 metrów szerokości… przy prędkościach osiąganych wtedy przez niemieckie auta wystarczyło obrócić kierownicą o 1 stopień, aby w 1.5 sekundy wylądować poza trasą… nie każdy był w stanie pokonać cały dystans w taki sposób. Taka jazda wymagała umiejętności – to raz – ale i stałego skupienia. A przecież wyścigi trwały od 5 do 10 godzin (w zależności od okresu) jazdy w morderczych warunkach. Sam Rosemeyer – podczas jednego z wielkich Grand Prix – stracił przytomność od przeciążeń, i musiał być wyciągany z auta za wszarz.

Auto Union był powszechnie uważany za niezwykle wymagającą i ciężką w prowadzeniu konstrukcję… Rosemeyer nie prowadził nic innego. Cała jego kariera odbyła się za kierownicą Auto Uniona – i był on za jego sterami wirtuozem. Możliwe, że właśnie dlatego – ścigał się już motocyklami i odnosił sukcesy, a do niemieckiego bolidu z silnikiem centralnie, wsiadł “ze świeżą głową”. Nie zdążył wyrobić sobie czucia i nawyków z pojazdów w bardziej konwencjonalnym układzie. Gdy Rosemeyer wsiadał do tego auta – to właśnie ono było dla niego naturalne. Historia jego życia i kariery sportowej jest tak surrealistyczna, że wydaje się, że “nieee… to musi być jakiś fejk”. Otóż właśnie tak było, nie zmyślam. W wieku 16 lat zdobył prawo jazdy i szybko je stracił, bo odpierdalał jakieś cyrki na motorze. Już za dzieciaka wygrywał wyścigi na motocyklach, urządzane amatorsko ze znajomymi. Miażdżył tam każdego, no miał chłop talent niezaprzeczalnie. A na początku lat ’30-tych Zundapp potrzebował ludzi do teamu, bo jeden z ich motórzystów złapał COVID. Bernd Rosemeyer oczywiście został wyselekcjonowany – i oczywiście wygrał już w pierwszym wyścigu… i dziesięć następnych, jeszcze tego samego roku, również.

Rok później Rosemeyer odnosił sukcesy z motocyklem marki BMW, a w 1933 przeszedł do NSU, by końcu trafić do DKW – i siłą rzeczy: do Auto Uniona. Auto Union powstał właśnie z połączenia marek DKW, Audi, Horsch i Wanderer – i pierwszym grubym projektem było opracowanie auta do rywalizacji z Mercedesem. Sam Ferdinand Porsche maczał w tym palce. Stworzył im pierwszy pojazd z silnikiem centralnie – właściwie “centralnie-z-tyłu”, bo motor był mocno cofnięty. Auto Union cierpiał tragicznie od złego rozkładu mas, który w aucie z silnikiem z tyłu, z napędem na tył – był niereformowalny. Koła potrafiły mielić przy 160km/h, a pojazdem trudno było manewrować, bo gro ciężaru spoczywało daleko za kierowcą… I do takiego auta potrzeba było pilotów. Rosemeyer ponoć spóźnił się na blowjob interview – przyszedł w ogóle w marynarce, bez żadnego sprzętu – bez niczego… ale jak wsiadł do pojazdu, to pierdolnął Nordschleife w 11,5 minuty! Jak team menago zobaczył, co on odkurwia za kierownicą, to jego słaba psychika natychmiast wysłała maila do kreta, że spotkanie jest w gaciach. No wchodził w zakręty na pełnej, obracało go tuż przy barierkach tak, że ludzie musieli się po krzakach chować… Podsumował go w dwóch słowach: bezczelny i najlepszy. Dostał miejsce w teamie jako młody talent. Dostał to miejsce mimo, że byli kierowcy, którzy robili podobne – a nawet lepsze czasy – a także młodzi kierowcy z dużymi plecami. Sam Goebbels wstawił się za jednym z nich – prosił, żeby jeszcze raz wzięto go pod uwagę… bezskutecznie. Rekomendację dostał Rosemeyer. Był po prostu najlepszy.

I tak Bernd Rosemeyer w 1935 roku debiutuje za kierownicą Auto Uniona. Podczas Grand Prix Niemiec – wyścigu Internacionales Avus Rennen. Drugi najważniejszy wtedy wyścig w Europie. Miał czwarty czas w kwalifikacjach, więc startował z przodu. Mimo to – opóźnił start i został wyprzedzony przez Faglioliego w Mercedesie. Szybko go złapał i panowie wymieniali się pozycjami, aż Niemiec złapał gumę przy dużej prędkości. Zdołał jednak opanować auto i zatrzymać się do zera – wyścig dla niego się skończył po 3 okrążeniach, ale za to pełnych wrażeń, i jak najbardziej pouczających. Eifelrennen. Wyścig na Nurburgringu Rosemeyer rozpoczynał z pozycji w środku stawki, lecz tym razem to inni kierowcy – trapieni przez problemy – z łatwością oddawali mu pola. A jechał tak dobrze, że na 3 okrążenia przed końcem, wyprzedził samego Caracciolę. Jakiś no-name w jakimś śmiesznym Auto Unionie – nowotworze bez żadnej historii, a już tym bardziej sportowej – prowadzi niemiecką legendę motorsportu do mety! Ostatnie okrążenia, Auto Union pali na tylko 14 cylindrów – 2 fajerki odmawiają posłuszeństwa, ale Caracciola nie jest w stanie skutecznie zaatakować młodego Rosemeyera. Dopiero gdy młodzian popełnia błąd – za wcześnie zmienia przełożenie – daje tym samym Caraccioli przewagę w momencie obrotowym i ten, w morderczym pojedynku na przyspieszenie, odbiera prowadzenie przekraczajac linię mety 1.9 sekundy przed rywalem.

Porażka? Czy na pewno? Bernd nie był zadowolony z drugiego miejsca, ale jego występ zapewnił mu stałą pozycję w zespole. A naród – był świadkiem narodzin nowego bohatera. W takzwanym międzyczasie, Auto Union zwiększał pojemność swoich silników do 5.6-litra. Nowy układ napędowy stwarzał wiele problemów z zapłonem i podawaniem powietrza. Rosemayer musiał przez to porzucić swoje auto podczas GP Francji… ale przechwycił to po Achille Varzim i dojechał nim do końca wyścigu. Na piątej pozycji! Zmagania podczas Grand Prix Niemiec i jazda po torze Nurburgring, w jakiś niewytłumaczalny sposób, odcinały mu dopływ krwi do mózgu. No formę miał świetną, a jego Auto Union pokonywał zakręty w stylu tak magicznym, że skandynawscy bardowie do dziś piszą o tym pieśni pochwalne – no ale co chłop robił z oponami, to żadna ustawa nie przewiduje. Widzowie oczywiście szczali po gaciach, jak to mieli w zwyczaju, widząc taki spektakl – ale Rosemayer na 6 okrążeniu musiał zjechać na wymianę opon, bo całkiem je pocharatał w piach. Gdy wznowił wyścig – bez problemu zrównał się z konkurencją. Auto niestety znowu zawiodło i finalnie musiał się zadowolić czwartą pozycją. Najszybszy był Nuvolari.

W Coppa Acerbo nie startowały Mercedesy, więc Varzi z Rosemeyerem byli faworytami do pierwszego miejsca w wyścigu. O pozycjach na starcie decydowało ciąganie druta i Rosemeyer musiał zaczynać z końca stawki. Szybko wywalczył drugą pozycję, ale – w pojedynku bezpośrednio z Nuvolarim – stracił przyczepność, wypadł z trasy i przebił oba tylne koła. Później, gdy wrócił do gry, zdarzyło się to ponownie. Ludzie mówią, że nie można wypadać z trasy podczas wyścigu. Można – tylko trzeba przelecieć nad rowem, z dużą prędkością wpaść do dziury pod mostem, i skończyć ponownie na trasie. Na tym polega odpowiedzialność. Auto wyglądało po tym jak przemielone razem z tym mostem, ale czy kierowca dojechał? Dojechał! Na drugiej pozycji – zaraz za Varzim. Źródła się pod tym względem nie zgadzają – wyniki pomiarów od różnych osób były sprzeczne – ale ponoć ta przestrzeń, przez którą Rosemeyer przeleciał, miała być od 2 do 5 cm szersza od jego auta – a byli tacy co twierdzili, że 6 cm węższa. Dr. Ferdinand Porsche sam poszedł własnoręcznie odmierzać tę dziurę, bo ludziom kurwa nie wierzył. No jakby doktora wzywać, żeby ci w dziurę linijkę do dziury wkładał – no cyrk jak sam chuj.

Caracciola zdominował GP Szwajcarii na torze Bremgarten. Rosemeyer, po zmaganiach w deszczu, dojechał na trzeciej pozycji. Trzeci był również podczas Grand Prix Italii, kiedy musiał porzucić maszynę na rzecz takiej ze sprawną przekładnią – i autem należącym do Pietsch’a pokonał metę wyścigu. W Hiszpanii kamień mało mu łba nie urwał – a napewno uszkodził szybę w aucie, co kosztowało kilka pozycji i zakończyło się piątym miejscem. Ostatnim zmaganiem w tamtym sezonie było Grand Prix Czech i wtedy już Rosemeyer był jak bullterrier tommyleejones w ściganym. To było pierwsze Grand Prix na jego koncie, ale nie to było ważne dla niego w tej chwili… bo właśnie wtedy kierowca zostaje przedstawiony bohaterce narodu – Elly Beinhorn, z domu Beinhorn – wielkiej pilotce (bynajmniej nie czapce). Na rynku świń – locha z czołówki bundesligi. Do tego całkiem spoko dupa z twarzy. Ona szczerze, w tamtym jeszcze momencie, kibicowała Stuck’owi, ale finalnie wszyscy wiemy jak się ta historia skończy…

Wracając do kariery sportowej… był czas, gdy Bernda hospitalizowano. Z problemami wątrobowymi i żółtaczką, trafił do szpitala na dobrych 6 tygodni, przez co minęło go sporo przygotowań przedsezonowych i Monza. Potem 4 nieudane wyścigi – nie z jego winy. Dostał nowy pojazd: Auto Union typu C, i raz to mu się auto zapaliło… a nawet dwukrotnie. Raz się musiał użerać z przewodami od przepustnicy, inną razą z poluzowanym zbiornikiem paliwa. Potrafił, mimo perypetii, zajmować i piąte pozycje – ale to go oczywiście nie satysfakcjonowało. Prawdziwa klasę miał dopiero pokazać. Eifelrennen był wyścigiem, który naprawdę zdefiniował jego postać. Warunki to była tragedia, a mgła: tragedia. Widoczność – czasami nie więcej jak 20 metry. Do tego taki deszcz, że klękajcie narody. Rosemeyer tak nakurwiał, że zbudował ogromną przewagę nad wszystkimi najlepszymi kierowcami tamtych czasów. Od Nuvolariego był szybszy o 30 sekund na okrążeniu! Od tamtej pory Rosemeyer był znany jako Nebelmeister – mistrz jazdy we mgle.

W Budapeszcie Nuvolari mógł się odegrać. To była kręta trasa, bogata w nawroty – dla jego Alfy Romeo doskonała. Przez 35 okrążeń Rosemeyer stawiał opór. Ręce ociekały mu krwią od kręcenia kierownicą… ale musiał oddać pola. Auto Union był zbyt duży. Nie dało się zrobić nic. Po wyścigu mechanicy musieli sami odinstalować kierowcę, bo Rosemeyer nie był w stanie się podnieść. Jego ręce nie nadawały się do użytku. Ale później wziął ślub z Elly, wkrótce potem zmiażdżył GP Niemiec – dojeżdżając 4 minuty przed drugim Auto Unionem… a Coppa Ciano w sumie odpuścił już po 6 okrążeniach. Nie mógł się skupić na jeździe, bo jego ślubna – gdzieś w dalekim świecie – siedziała za sterami swego Messerschmitta. Gdzie konkretnie – ciężko powiedzieć, bo jednego dnia pokonała 3 kontynenty. No mógł się chłop stresować. Miał żonie sukcesu pogratulować, ale ponoć prosił ją tym samym, aby nigdy więcej go nie opuszczała. Gdy Elly była blisko na trybunach – dodawało mu skrzydeł. Wygrał w taki sposób Coppa Acerbo, zdominował GP Szwajcarii, zmiażdżył Großer Bergpreis von Deutschland oraz Feldbergrennen. Zniszczył wszystkich w Grand Prix Włoch. Został zarówno Mistrzem Europy, jak i Niemieckim Mistrzem Hillclimbu – a to, przypomnę, drugi rok jego kariery sportowej.

Apropos Grand Prix Szwajcarii. Starł się tam ostro z Rudolfem Caracciolą – na torze, jak i poza wyścigiem. Kierowca Mercedesa blokował Auto Uniona – mimo, że Rosemeyer był szybszy… Po wyścigu o mało nie doszło do rękoczynów w windzie. No, porobił sobie wrogów – ale i przyjaciół. Dublował już Nuvolariego, kiedy stracił hamulce. Zmarnował sporo czasu próbując uniknąć kontaktu – mocno zaryzykował i mogło go to kosztować zwycięstwo, ale zyskał szacunek i przyjaźń Tazio. Podczas wspinaczek potrafił się nawet specjalnie podkładać, żeby na jego tle wyniki kolegów z drużyny nie wyglądały tak tragicznie – i to tuż przed negocjowaniem nowych kontraktów. Więc… no nie był chujem.

Jadąc do Afryki – bądź, jak w przypadku Rosemeyera: lecąc… Para zrobiła sobie miesiąc miodowy, i na kontynent czarnych ludzi poleciała własnym Messerschmittem Taifun. Elly jako pierwszy pilot, a Bernd drugi – oraz mechanik. Całkiem ogarnięty BTW. Dygresja. To właśnie lecąc do Afryki, Auto Unionom dojebano na starcie tak tragiczny handicap, że właściwie nie było o czym gadać… ale dzięki doskonałej jeździe, Rosemeyer kończył na 5-tej i 2-giej pozycji. Gdy wracał do Europy, stracił matkę oraz brata. Nie mógł się jednak skupić na tych tragediach, bo czekały go testy przed zawodami oraz kończył własne uprawnienia do pilotażu samolotów. Jeśli chodzi o świat samochodów – tor AVUS został przebudowany i dodano bardzo stromy odcinek. Rosemeyer, w nowym aucie o opływowej linii nadwozia, został podbity za wysoko, przez co stracił panowanie i zaczął wyjeżdżać z trasy prawą stroną. Zdołał jednak wyratować, przez co nie przeleciał ponad wysoką ścianą toru. Gdy doszło do zawodów: zawiodło wszystko. Auto paliło tylko na 13 garów, a jego gogle ujebane były w smarze i oleju – do tego stopnia, że nie mógł widzieć gdzie jedzie… No, po wyścigu Elly myła chłopa w benzynie, żeby cokolwiek z tego syfu zeszło, bo zaraz mieli robić zdjęcia i trzeba było wyglądać. Powiedzieć, że warunki nie sprzyjały, to jak nic nie powiedzieć… a i tak, w pierwszym biegu, zajął drugie miejsce za Caracciolą. Oddał zwycięstwo o 0.7 sekundy. Jeśli chodzi o czas okrążenia – pobił rekord wszechczasów – a prędkości osiągał takie (275 km/h normalnie podczas zawodów), że w Ameryce zajmie im 35 lat zanim dojdą do tego poziomu.

W finałowym biegu silnik nie wytrzymał tempa i całkiem zalał się olejem, przez co Caracciola nie miał rywala. Ale potem – jak najbardziej. Eifelrennen to trzecie z kolei zwycięstwo Rosemeyera na Nurburgringu, i kolejny triumf nad Caracciolą – jak i nad Mercedesem. Himmler ogłosił go za to Obersturmführerem SS, a tym samym autem chwilę potem pobito rekord świata oraz 6 innych – klasowych. Rosemeyer za kierownicą. Następnie udał się niszczyć niewiernych za oceanem. Amerykanie to byli pojeby – robili tory z drewna w takim układzie, że nie dało się w porę zauważyć łuku – na tyle aby w czas zareagować. To słowa samego Rosemeyera. Chłop miał z tym duży problem. I w takich miejscach odbywał się Puchar Vanderbilta. Wyzwanie rzucił mu angielski kierowca w nowego typu Mercedesie… ale nie dał rady. Walczył do końca, ale właśnie w późnej fazie został zmuszony dotankować – no i chuj, no i cześć. Rosemeyer znów triumfuje, choć przyznał, że nie walczył z nikim tak zaciekle. Za takie coś, to już można było do niego mówić “panie kapitanie”. Awansowano go na Hauptsturmführera w trybie “now”! Rozkaz Himmlera.

Powracając do Europy w glorii i chwale, Rosemeyer był w tamtym momencie w szczytowej formie. Swoje własne rekordy z Nurburgringu rozpierdalał w drobny mak, będąc o – uwaga – 11 sekund szybszy. Niestety, śruba mocująca koło w jego aucie rozsypała się w piach, a najlepszy kumpel – von Delius, doznał takich obrażeń w wypadku, że dzień potem zmarł. Bernd nie wygrał tego wyścigu, mimo że skończył na podium. W Monaco nigdy nie dane mu było triumfować – tym razem również. Wypadł z trasy uszkadzając krytyczne podzespoły w swoim aucie – wziął więc pojazd Stucka, aby ukończyć event na czwartej pozycji. Coppa Acerbo wygrał mimo utraty koła. Uderzył w kamień, który po prostu urwał prawe koło z tyłu auta, ale wiecie… w przypadku Rosemeyera – nic to nie zmienia. Facet był pierwszy na mecie tego wyścigu. W Szwajcarii popełnia błąd i wypada z trasy we wczesnej fazie rywalizacji, przez co jego auto zostaje zdyskwalifikowane – właściwie za pomoc uzyskaną poza torem. Ale później bierze to należące do Nuvolariego, i bije wszelkie rekordy podczas pościgu na czołówką stawki. Dystans okazuje się jednak tak przeogromny, że nie udaje się trafić na podium. Mercedes był w stanie zagrozić tylko w wypadku, gdy dochodziło do wypadku – albo gdy chłopa męczyła choroba. Wtedy Rosemeyer dojeżdżał jako drugi, bądź trzeci – ale ostatni wyścig: Donington, to kolejne zwycięstwo. Z nadejściem końca sezonu, można było się skupić na ustanawianiu rekordów. W ciągu tygodnia pobił ich 19 – w tym 3 rekordy świata.

Co się stało w styczniu ‘38… Spędzając czas z rodziną – z nowonarodzonym synem – Bernd Rosemeyer dostał informację, że Mercedes planuje podejście do jego rekordów. Gdy poprosił o zgodę aby ich bronić, Auto Union dał mu pojazd w nowej konfiguracji. To była rewolucja w świecie motoryzacji. Linia nadwozia skonstruowana w taki sposób, aby przekierowywała powietrze wysysając je spod auta – w efekcie przyklejając je do drogi. Rudolf Caracciola w Mercedesie pobił rekord trzymany właśnie przez Rosemeyera. Ustanowiony 3 miesiące wcześniej, za kierownicą Auto Uniona Typu C, wynik – niniejszym – poszedł do kosza. Auto Union był gotów odpowiedzieć od razu. Maszyna przeszła gruntowną rekonstrukcję: m.in. w oparciu o doświadczenia z – jednych z pierwszych – testów w tunelu aerodynamicznym. Rosemeyer nie miał zamiaru lecieć w chuja i od razu ustawił auto w tryb morderca. Próba odbyła się jeszcze tego samego dnia.

Generalnie rekord mierzy się pomiarem czasu a nie prędkości. Trasa składa się z rozbiegu, który się nie liczył (wtedy było to 5.5 km), trasy właściwej oraz powrotu – i właśnie od tego czasu potrzebnego DO POWROTU obliczało się średnią prędkość, której to wartość uznawało się jako rekord prędkości. Podczas pierwszej próby Rosemeyera silnik nie rozgrzał się do odpowiedniej temperatury, i ten zakończył bieg z wynikiem prawie 430 km/h. Kierowca stwierdził, że spróbuje ponownie. Przymknięto trochę wloty powietrza i klapy, i pomimo wzmożonego wiatru – wystartowano z drugim podejściem. Niecałe 2 minuty później auto Rosemeyera pokonuje linię mety przy prędkości 432 km/h, ale w wyniku gwałtownego podmuchu wiatru, kierowca traci kontrolę nad pojazdem, auto ucieka w lewo i zahacza o trawę – po czym, błyskawicznie koziołkując, wypada z trasy i rozpada się na kawałki tak, że nie ma co zbierać. Sam Rosemeyer znaleziony w lesie sto metrów od miejsca zdarzenia – jeszcze z bijącym sercem – oddaje ducha kilka chwil potem. Nawiasem mówiąc – ten przejazd Caraccioli do dziś pozostaje najszybszym przejazdem po drodze publicznej – bo to wszystko się na autobahnie działo. Na autostradzie koło Frankfurtu. Żona Rosemeyera, Elly Beinhorn umiera w 2007 roku, w wieku 100 lat, przeżywszy ich 62 w samotności po mężu (choć nie do końca, bo wyszła za mąż ponownie – a to suka! – żart).

Krzysztof Wilk
Na podstawie: goldenera.fi | 8w.forix.com| audi-mediacenter.com | wikipedia.org | klemcoll.wordpress.com | drive-my.com | zajezdime.cz | classicandsportscar.com | heimat-textil.com | bridgemanimages.com | hagerty.com | goodwood.com | motorsportretro.com | britannica.com | snaplap.net | autocar.co.uk | raybishophistory.co.uk | atlasobscura.com | sciencephoto.com | magnoliabox.com | alchetron.com | justacarguy.blogspot.com | porschecarshistory.com | bridgemanimages.com | historics.co.uk | audiclubna.org | espn.co.uk | racingcarlegends.com

2020 – Porsche 935 K3V Bisimoto Engineering

Zacznijmy może od tego, czym właściwie jest Typ 935. Porsche dostarczyło światu jedno z najbardziej legendarnych aut w historii motoryzacji: 911. Model, który przez dekady towarzyszył nam w naszych marzeniach, rozwijał się wraz z nami i, ku naszej uciesze, zdobywał sportowe trofea. Gdy pojawiło się Turbo – była to już generacja 930 tego modelu. Porsche brało udział we wszelakiej maści zawodach za pomocą Typu 930, i homologowane auta na bazie 911-stki jeździły w formatach GT oraz widoczne były w rajdach Grupy 4, jak i Grupy B. Niemcy chcieli jednak zasmakować formuły Super Silhouette – nazwanej tak właśnie między innymi przez ich machinacje…

Aby dostać homologację do zawodów w Grupie 5 należało spełnić jeden warunek – auto musiało bazować na modelu, który miał już papier Grup od 1 do 4. Inżynierowie Porsche dostrzegli drobną lukę w przepisach… “Bazować…” – wiecie co w latach ‘70-tych oznaczało słowo “bazować”? Egzemplarz wyścigowy miał mieć maskę, drzwi i dach wspólny z rajdowym odpowiednikiem Grupy 4. Wszystko inne mogło być inne. Dlatego w teorii: drogowe Porsche 911 miało rajdowy odpowiednik, który to miał jeszcze bardziej sportowy odpowiednik – którym niby miało być 935. A w praktyce to zupełnie inne auto – nie ma nic wspólnego z 911 – do którego przymocowano maskę i drzwi z drogowego egzemplarza i już – “bazuje” na modelu 930. Wyścigowe pojazdy sylwetką przypominały drogowe modele, ale wnętrze miały typowo wyczynowe. Dlatego ten format wyścigów nazwano “Super Silhouette” – a Porsche było wtedy w zamiataniu konkurencji najlepsze.

Oto jest auto powstałe z pasji. Wygląda jak typowo wyczynowa maszyna, ale jest w pełni dopuszczona do użytku na drogach publicznych. Generalnie projekt powstał na bazie 911 z 1984 roku – typ 930 – do niego dołożono oryginalne panele z wersji Kremer 935, i przeprowadzono konwersję do elektryka. Wynikiem takich manipulacji była – dzięki dużej swobodzie twórczej – poprawa rozkładu mas. Zwykłe 911, albo nawet i K3 – miało oryginalnie silnik z tyłu, przez co rozkład mas był… taki se. W K3V raz, że elektryczny motor znajduje się centralnie – to dwa, że jest płaski i leży bardzo nisko, przez co środek ciężkości również przebiega nisko. 911 ma naturalną tendencję do nadwagi z dupy strony. Bisi upchał akumulatory z przodu, akumulatory z tyłu – a sam motor: centralnie za kierowcą.

Za transfer mocy odpowiada bezpośrednie przeniesienie napędu – nie ma skrzyni biegów. Wiele aut sportowych wykorzystuje tzw. układ transaxle, na który w zasadzie składa się silnik z przodu, w połączeniu z przeniesieniem napędu w postaci skrzyni biegów zintegrowanej ze szperą tylnego mostu. W K3V cały zespół napędowy jest zintegrowany – wraz z silnikiem. Tak jakby kolejny krok w drzewku technologicznym. Fabryczny układ kierowniczy z Porsche 930 spisuje się znakomicie – auto reaguje natychmiastowo, z tym że cała moc dostarczana jest od razu. Efektywny zasięg to 250 km – 160 przy maksymalnym obciążeniu. Baterie ładują się od zera do fulla w 36 minut przy szybkim ładowaniu.

Olbrzymia chłodnica na przedzie zajmuje się temperaturą zarówno silnika, jak i przetworników, olbrzymiej średnicy przewodów i innych elektrycznych komponentów. 403 volt idzie przez te kable. A w elektryku – im grubsze kable, tym większe pierdolnięcie. Takim bydlakiem to można zabić. Cały zestaw właściwie wywodzi się z układów wykorzystywanych do wyścigów na ćwierć mili. Takich wiecie – profesjonalnych, gdzie ludzie przekraczają linię mety przy prędkości 500 km/h. Żadna patologia warsztatowa, wiejski tuning, czy inne badziewie na trytki. Wszystko przemyślane, uporządkowane – złączki wyglądają czysto i mają swoją funkcję. Nie trzeba grzebać w żadnych przełącznikach, nie ma żadnej procedury startowej. Przekręcasz kluczyk i komputer sam przełącza styki, aby w bezpieczny sposób dostarczyć jak najwięcej mocy.

Motor użyty w projekcie to duży silnik z Tesli po bardzo srogich manipulacjach. Wypruto w niego wszystkie flaki i wsadzono nowe. Właściwie 2/3 wszystkiego tam jest inne. Zmieniono szperę na mniej skorą do manipulacji, dzięki czemu prowadzenie jest bardziej angażujące. Przeniesieniem napędu steruje komputer – kwestia bezpieczeństwa. Jest on w stanie zadecydować ile mocy ma dostarczać, czasem tę wartość zmieniać w razie potrzeb – powiedzmy, gdy chłodzone cieczą baterie się zagrzeją, albo kończy nam się energia. Może regulować moc przyspieszenia od zera i oferować mnogość trybów jazdy. Komputer regeneruje power, sam stara się chłodzić akumulatory jak najefektywniej i dawać im czas na odpoczynek – zwiększając tym samym ich żywotność najlepiej jak potrafi. Bohater, na którego nie zasługujemy. Gdy baterie są w pełni naładowane, to przestaje odnawiać energię a daje nam więcej mocy. To wszystko dzieje się za kulisami. A my? My w efekcie mamy auto zdolne do 640 koni mechanicznych a momentu obrotowego: jeszcze więcej. Kręci do – uwaga – 18.2 tysiąca RPM! 18 tysięcy to naprawdę dużo frajdy. A pierwszą setkę przekracza w 2.06s.

Spartańskie wnętrze w wyścigowym tonie. Auto jest wyposażone w klatkę bezpieczeństwa. To w gruncie rzeczy wyczynowy bolid, który prowadzi się w tak bezczelnie łatwy sposób, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby stał się zwykłym daily do wypadów na zakupy, czy do pracy. Debil jest w stanie prowadzić to auto – i wygodnie wybrać się takim w podróż. Można tym jeździć cały dzień i nie czuć zmęczenia. Świetnie wygląda, doskonale jeździ, oferuje prze-moc osiągów – i nie stwarza problemów z policją. Nie trzeba się martwić o dokumenty, emisje spalin, czy inne papierologie. Auto jest w pełni dopuszczone do ruchu. A wszystkie modyfikacje są w pełni odwracalne, i jako że żaden z elementów pojazdu nie był wycinany, to jeśli właścicielowi znudziła się taka zabawa, to przywrócenie go do stanu oryginalnego nie jest problemem. Klient po prostu wraca do zakładu i wszystkie zmiany są przywracane do stanu fabrycznego.

Bisi Ezerioha – szef tego projektu – to fascynat technologii i… no chłop ma łeb jak sklep. Maturę zdał w wieku 14 lat i otrzymał najlepsze wykształcenie w kwestii inżynierii. Jako pasjonat motoryzacji, najpierw wsadził 1000 koni do jakiegoś Transita, czy innej Hondy – a teraz to… I w tym momencie pojawia się pytanie: na ile to jest profesjonalny tuning, a na ile już coachbuilding. No bo postawmy się w roli klienta: przychodzimy do zakładu i mówimy “poproszę to, dwa razy”. Robimy przelew – 80 kafli za każdy – zostawiamy dwie sztuki 911, a oni wykonują dla nas dwa egzemplarze 935 w identycznej konfiguracji. Pokazują nam katalog, z którego możemy wybierać, dostosowywać opcje. Są firmy, które nabijają własny numer VIN na autach. Marki takie jak AMG, Ruf, czy Gemballa już są ponad całą resztą firm tuningowych – one prezentują własny produkt. Nowy wariant – alternatywę do tych z oryginalnych ofert katalogowych producenta, którą możesz zobaczyć na ulicy i poprosić taką samą. Profesjonalne wykończenie auta – często wspierane przez owych producentów. Fabryki BMW same nakładają oznaczenia Alpiny u siebie – zanim jeszcze auta wyjadą aby dokonać na nich modyfikacji. Czy to jeszcze tuning? Moim zdaniem nie. To już jest coachbuilding. Jak za dawnych lat ‘20-stych – ‘30-stych, kiedy to najwięksi – tacy jak Bentley, Mercedes czy Alfa Romeo – po ukończeniu mechanicznych podzespołów, wysyłali auto do firm odpowiedzialnych za wykończenie do wybranej karoserii. Kiedyś Zagato, Vanden Plas – dziś Ruf oraz Brabus. Jest także Bisimoto – i to właśnie wam chciałem dzisiaj pokazać.

Krzysztof Wilk
Na podstawie: bisimoto.com | YT: Holley, Jay Leno’s Garage | torqtalk.com | classicdriver.com | roadandtrack.com | doubleapex.co.za | motortrend.com | thedrive.com | evcentral.com.au | holleyhighvoltage.com | speedhunters.com | autoevolution.com | autosprint.ch | csfrace.com | autobuzz.my

1982 – Lada Sport 2105 VFTS Group B

Lada 2105 VFTS was born in Lithuanian factories in 1979 – and 3 years after, it got homologated to the most fucked up rallying format ever devised by mankind. Motorsport Lada examples were viewed as simple and solid. Easy to maintain and repair – offering good power for low price.

First rally models had 1.6-litre motors, and those powertrains were used as a base for the new cars. Double the power while maintaining its small size, helped it dominate smaller rankings for B/10, which was a Group B class for between 1.3 and 1.6 litres. And the car was still supported with rear suspension upgrades, and transmission a year after. The new gearbox had its 1st on the top right – right above reverse – and the rest look like in normal 4-speed… which did look moronic at first glance, but in fact you don’t really use first gear when rallying, and the rest was right opposite to each other with this layout – you didn’t have to go across to upshift, so it made perfect sense. The engineers also used aluminum and other lightweight materials to finish the car.

It was not a common participant in the WRC main events, but such as Rally Finland in Group B/10 ended up with 6 Ladas on first 6 positions – 18th place overall. In the age of Audi quattro, Lancia 037, Fords, Toyotas… Most successes were achieved behind the iron curtain, where it had no match, time and time again.

The last 2105 VFTS left the factory in 1990 and the total of 30 rally examples ever existed. They didn’t really suffer the worst of the Group B cancellation, because they rivalled within its lower divisions. That’s why they could end their careers late in 1991, when they stopped being competitive and the homologation papers expired. Eastern racers went mental about that model, so much so you can still see its replicas on various events to this day. Some are still fighting for… idk… Hungarian Championship for example. True story. Lada engineers tried their luck with a Group S project, but it was cancelled when they had around 30 examples of their car built and ready to rally.

Krzysztof Wilk
All sources: favcars.com | wheelsage.org | groupbrally.com | rallygroupbshrine.org

1921 – Bentley 3-Litre

Sam Ettore Bugatti miał określić ten model “najszybszą ciężarówką świata”. Ponad 2-tonowe monstrum powstaje, z inicjatywy braci Bentley, w 1919 roku i w swej karierze 5-krotnie triumfuje na torze długodystansowego wyścigu Le Mans. Zahartowane w boju – dowiodło swej jakości – i to mimo swych rozmiarów.

Walter Owen Bentley, pracował już na francuskich silnikach do aut, którymi odnosił sukcesy w sporcie. Chciał uczestniczyć w maratonach samochodowych – i jego doświadczenie pozwolilo mu do tego celu opracować auto inne niż wszystkie inne. Było większe i cięższe niż tradycyjne europejskie auta sportowe – ale za to pancerne nie do zarżnięcia. Przełóżmy to na papier… Bugatti z tego okresu napędzało swoje auta 8-cylindrowymi motorami o pojemności 2 litrów. To często podparte kompresorem: zwykle typu Rootsa. Bentley pochylił się w kierunku wolnossącej jednostki o mniejszej ilości cylindrów ale zwiększonej pojemności. Dwukrotnie takiej, co była w Bugatti (bo później pojemność wzrastała do 4,5 – a nawet 8 litrów). To było tak głupio proste, że nie mogło się nie udać. Architektura banalna do tego stopnia, że nic nie mogło się tam spierdolić – w parze z pojemnością zapewniającą dostateczny poziom mocy bez nadmiernego obciążenia jednostki. Producent dawał 5 lat gwarancji na te motory – wyobrażacie to sobie? Na początku lat ’20-stych?!

I tak – ponoć sam Ettore porównał ten model do ciężarówki, ale zachodzi prawdopodobieństwo, że sporo w tym było żalu, bo te właśnie Bentleye odarły Bugatti ze zwycięstw na torze de la Sarthe. Architektura ich silników, na bazie przedwojennego wyścigowego silnika Daimler – Mercedesa, była dość prosta, ale użyta do ich budowy technologia – wiodąca. Tłoki z aluminium, sucha miska, dwuprzelotowe gaźniki, rozrząd przeniesiony nad głowicę i 4 zawory na cylinder. Jedna z pierwszych głowic typu penta – bardzo zbliżonych w zamyśle do HEMI, obie charakteryzują się między innymi świecą w centralnej pozycji pionowo i zaworami pod kątem po bokach. Zapłon po czymś takim ma najkrótszą drogę do pokonania, dzięki czemu lepiej spalał mieszankę i robił dobrą moc z małej pojemności – ale proste HEMI jest ograniczone do 2 zaworów na cylinder. Penta dziś jest bardzo popularnym rozwiązaniem w nowoczesnych autach z głowicami o 4 zaworach/cyl.

Do tego silnik w Bentleyu miał bardzo długi suw, dzięki czemu bez żadnego wysiłku generował przeogrom momentu obrotowego już od dolnych zakresów. Blok z głowicą wykonano z jednego elementu, czym zaoszczędzono sobie stresów związanych z uszczelkami, a solidne 70 koni w najgorszym przypadku: pozwalało na prędkości rzędu 129 km/h. Sam motor stał w stalowej ramie, a napęd przenoszony był za pośrednictwem 4-biegowej skrzyni bez synchronizacji. Wspominałem, że ten motor w Bentleyu czerpał z mercedesowskiej technologii używanej przed I Wojną do wyścigów? Powiem szczerze: Anglicy ten silnik ukradli. Mercedes wygrywał zawody z tym motorem pod maską, a po wojnie – jako, że Niemcy przegrali – to Anglicy (nie pokazując palcami – W.O. Bentley we własnej osobie) zarekwirowali zwycięskie pojazdy i przetransportowali do Rolls-Royce’a na inżynierię wsteczną.

Auto zawieszono na sztywnym moście z półeliptycznymi piórami i amortyzatorem ciernym. Co prawda pierwsze egzemplarze otrzymywały hamulce wyłącznie na tylnej osi, ale późniejsze Bentleye miały już pełną siłę hamowania. Produkcja działała na takiej zasadzie, że Bentley wykonywał mechanikę, ale karoserie dostarczane były on kompanii tym się właśnie zajmujących. To była norma w tamtych czasach. I warianty w gruncie rzeczy były trzy: Red Label Speed ze zwiększonym współczynnikiem kompresji, Blue Label i Green Label z wyżyłowanym silnikiem oraz skróconym rozstawem osi. Wersje na tor wyścigowy nie różniły się od drogowych egzemplarzy prawie Nietzschem. Jeździły w Indy 500, TT Isle of Man – gdzie zajęły bardzo dobre pozycje: 2, 4 oraz 5 – pojedynczy egzemplarz brał udział także podczas pierwszego, inauguracyjnego 24-godzinnego wyścigu Le Mans. Anglicy zajęli świetne 4 miejsce, ale już wtedy mieli najlepszy czas okrążenia i nie było to ich ostatnie słowo. Trofeum z następnej edycji mieli już w swoich łapach.

To ten twór zapoczątkował sukcesy Anglików w bojach na najwyższym szczeblu motorsportu. One drogowe – prywatne pojazdy wygrywały poważne eventy na świecie. Pierwsze zwycięstwo na torze w Le Mans przyszło w 1924 roku, kolejne w ‘27 – a pochodne tego modelu wygrywały jeszcze 3-krotnie, i wtedy już Bentley grał pierwsze skrzypce w tym temacie. Byli dominującą siłą na polu wyścigów o długim dystansie. Grand Prix było inaczej zorientowane. Tam liczyła się lekkość i niewielkie rozmiary – dwie rzeczy, których Bentley nie miał, i dlatego wariant o pojemności 4.5-litra zajął podczas GP Francji drugie miejsce – i to był ich najlepszy wynik. 3-litrowe monstrum było wyrazem wizji Bentleya na czystej postaci auto wyścigowe. “Szybkie, solidne i górujące nad konkurencją.” Do tego takie, które zostawiło całej brytyjskiej motoryzacji wspaniałe sportowe dziedzictwo.

Krzysztof Wilk
Na podstawie: autozine.org | ultimatecarpage.com | carandclassic.com | classic-trader.com | classicdriver.com | classicmotorhub.com | vintagebentley.com | wikipedia.org | bentleymotors.com | bonhams.com | handh.co.uk |