

Jeszcze zanim Srebrne Szczały zdominowały tory wyścigowe świata, Mercedes potrafił srogo pozamiatać przy pomocy drzewka rozwoju modelu Sport. Na serię Sport Mercedesa składały się warianty S, SS, SSK oraz SSKL, i wszystkie potrafiły sprzedawać lepy na mordę tak Włochom, jak i Francuzom w ich najlepszej formie. Hillclimby miażdżyły na poziomie dziennym, dwa razy triumfowały na Nurburgringu i nawet Mille Miglia ukończyły najszybciej.



Mercedes jeszcze przed pierwszo wojno zbudował markę, która królowała w motorsporcie na niemieckiej ziemi – i nie tylko. Bywali najlepsi też podczas Grand Prix Francji a nawet za oceanem w wyścigu Indy500. Byli motorem napędowym rozwoju motoryzacji, aż przyszła wojna i sobie poszła – a kryzys został. Aby ciąć koszta, Niemcy zaczęli budować auta sportowe na bazie tych dla cywili. Czego się jednak na wojence nauczyli, to poznali dogłębnie tajniki budowy silników lotniczych i metody ich doładowania – co w aucie nie było wtedy tak oczywiste, ale do 1922 roku, m.in. dzięki Mercedesom, kompresor typu Roots stał się już normą.



Mercedes musiał wymiatać, bo był projektem pana Porsche. Zanim założył swoją markę aut sportowych, Ferdinand Porsche miał własne biuro inżynieryjne – a zanim to – pracował dla Daimlera na stanowisku Dyrektora Technicznego… dlatego Mercedes już z definicji musiał być przemocarny. To w dużej mierze dzięki Ferdinandowi Niemcy wygrali Targa Florio w ‘24 i wygrywaliby dalej, gdyby się regulaminy nie zmieniły. Ale się zmieniły i potrzeba było nowej maszyny. Porsche wziął na warsztat model 630K, który był limuzyną z 6-cylindrowym silnikiem rzędowym – 6 litrów i więcej. Z kompresorem – a jakże. I oczywiście ten silnik też od podstaw był autorstwa Ferdinanda. I nawet rok czasu mu to nie zajęło, żeby z 2-tonowej limuzyny zrobić auto do wygrywania. To takie coś wziął rozwiercił do prawie 7 litry, dał większe zawory, zwiększył współczynnik kompresji – podłączył do lepszej, 4-biegowej przekładni – i umieścił w obniżonej, skróconej wersji podwozia na bazie Mercedesa… wiecie… tak, żeby to jeździło, skręcało… takie tam fetysze.



W ogóle, świetna historia XD. Kiedyś, jak to drzewiej bywało – tak do 1948 roku mniej-więcej – parametry silnika określało się tzw. mocą podatkową, która nie miała nic wspólnego z mocą rzeczywistą. Nie była to cyfra kompletnie arbitralna, wyciągało się ją z określonego wzoru i zależała w głównej mierze od objętości cylindra – no ale powiedzmy sobie szczerze: no była z dupy, tak… No to miejmy to na uwadze. Teraz skupmy się na cechach szczególnych silnika Mercedesa: doładowanie kompresorem typu Rootsa – pompa rotacyjna załącza się dopiero po wciśnięciu ekhem… pedału… do oporu. W przeciwnym wypadku – gdy nie dusimy na max – silnik daje tylko od siebie, a bez wspomagacza wyda 120 koni mocy, ale przy znacznie mniejszym obciążeniu dla silnika. I teraz najlepsze. Model S wcale nie nazywał się S. Nie, nie – to by było za łatwo. Niemcy nazwali Mercedesa od mocy jego silnika. Zapytacie: ale to tej atmosferycznej, z doładowaniem, czy jeszcze jakiejś innej? Odpowiedź brzmi: “tak…” Zamiast sportowy model nazwać S (od sport), to Germanie w swej kreatywności oficjalnie przedstawili nowe auto pod kryptonimem Typ 680 26/120/180S, czyli najpierw pojemność a potem pierwszy człon odpowiadał za moc podatkową, drugi za nominalną i trzeci przy doładowaniu. A “S”, to wiadomo… że Sasin przepierdolił 70M PLN na wybory, które się nie odbyły i nie poniósł za to konsekwencji NIC!



680 S wygrał już w pierwszym wyścigu (1-szy Caracciola, 2-gi Rosenberger), a potem z większych jeszcze Grand Prix Niemiec. On tego GP nawet nie wygrał – on tam zajął 3 pierwsze miejsca, ok? A do tego stale był wspierany. Wariant SS wszedł w obieg już w rok od premiery pierwszego modelu – był trochie lżejszy i mocniejszejszy. Pojemność wzrosła do 7,1 litra a moc do 200 koni mechanicznych na metr²… ale to dalej, no “tak se…” Były to szybkie auta, ale raczej tylko na prostej – a i bardziej luksusowe niż typowo sportowe. Szczególnie, że te – trzeba przyznać – pięknie wykonane dzieła sztuki, dalej potrafiły ważyć i dwie tony. I w rękach Rudolfa Caraccioli, auto z gwiazdą na masce dojechało do mety Nurburgringu jako pierwsze, ale to raczej zasługa kierowcy i jego talentu… Do pewnego stopnia udanej, twardej i solidnej konstrukcji auta – a nie do końca samych osiągów.



W końcu jednak przyszła pora na prawdziwe auto do motorsportu. Powstało 45 sztuk wersji SSK – lżejszej i z krótszym rozstawem osi – nowa platforma po połączeniu z Benzem. Miał chłodnicę z S-ki, silnik z SS-ki i nie miał sobie równych na hillclimbach conajmniej 26-krotnie – pan Rudolf sam jeden wygrał tyle razy w dwa lata. Może nie był rywalem ani dla Bugatti, ani dla Bentleya, bo to zgoła inaczej zorientowane auta – ale był bardzo wszechstronny. Takie np. Alfy Romeo to były wpierdalane bez popity. Caracciola wygrał Mille Miglia jako pierwszy nie-włoski kierowca, bijąc przy tym rekord prędkości (średnia 101 km/h). Niecałe 3 tygodnie później podczas przejazdu w Belgii miał średnią 195 km/h. Alfa może była zwinna, ale Mercedes miał teraz lekki blok silnika z siluminu, większy kompresor, osiągał moc rzędu 225 koni mechanicznych i rozpędzał się do 120 mph. A moment obrotowy to miał taki, że zaparłbyś się Mietkiem o swoją chatę i powoli ruszył, to by ci całą chałupę w pizdu przesunął! Prawie 700 Nm…



SSKL to już typowy germański morderca o mocy 300 koni i odchudzonym podwoziu. W ramie drabinowej powywiercano otwory, które pozwoliły zaoszczędzić 70 – nawet do 120 kilogramów. Silnik spalał wyścigową mieszankę paliwa i benzolu – w innym wypadku potrafił się przegrzewać. Takich wersji było bardzo niewiele, ale jedną z nich trofea zdobywał Caracciola. SSK jest jednym z najlepszych aut sportowych lat ’20-tych, a jego zmierzch nadszedł wraz z prezentacją Alfy Romeo 8C2300, która pod względem prowadzenia, była lepsza pod każdym względem. Ale Alfa to była już nowa generacja aut sportowych – a do tego kolejne załamanie na rynku i Mercedes musiał wycofać się ze sportu calkowicie. Niemcy oczywiście się odbiją, ale już nie serią S Mercedesa a wyczynowymi bolidami, które terroryzować będą wszystkie tory wyścigowe tego świata. SSKL był wariantem, którego powstało tylko parę sztuk (chyba 7) do motorsportu i żaden się nie zachował.



Jego osiągi i sportowe sukcesy scementowały ten model Mercedesa na pozycji najlepszego auta końca lat ‘20-stych. Ostatni projekt Ferdinanda Porsche zanim wyruszył swoją własną ścieżką. Najszybsze auto swoich czasów. Półfinalista, jeśli chodzi o nagrodę Auta Stulecia – wygrywał zawody długodystansowe, sprinty, hillclimby – you name it. Dziś: najlepszy klasyk jaki można mieć w swojej kolekcji. Święty Graal motoryzacji. Potężny, przepiękny – z charakterem i kawałem historii w portfolio. Powstał jako wypadkowa powojennego kryzysu, a stał się najlepszym autem swojej dekady.



Krzysztof Wilk
Na podstawie: autozine.org | ultimatecarpage.com | wikipedia.org | classic-trader.com | revsinstitute.org | hotcars.com | bonhams.com | rmsothebys.com | conceptcarz.com | dyler.com | paulrussell.com | supercars.net | mercedes-benz-publicarchive.com | Top Gear: The Cool 500 – The Coolest Cars Ever Made | N Balwdin – The World Guide to Automobiles, the Makers and their Marques

















































































































































