1988 – Cizeta-Moroder V16T

Claudio Zampolli – zanim poszedł robić na swoje – kształcił swoje pasje w zakładach Lamborghini. Pracował tam zarówno jako inżynier działu rozwoju, jak i kierowca testowy ichnich supersamochodów. W końcu jednak postanowił, że firma powinna nosić jego imię. Od włoskiej wymowy inicjałów jego nazwiska: Claudio Zampollego – Ci Zeta; przy współudziale legendarnego producenta muzycznego i kompozytora („My name is Giovanni Giorgio, but everybody calls me… Giorgio” – kojarzycie?) powstało przedsiębiorstwo z marzeniami.

Pierwsza sztuka nosiła imię głównego inwestora projektu i dlatego model to Moroder V16T (Giorgio Moroder, widlaste 16 cylindrów ułożone poprzecznie), ale później panowie się rozeszli i późniejsze egzemplarze to już technicznie tylko Cizety V16T – bez „Moroder”. Niestety pan Giorgio odszedł z firmy przed rozpoczęciem produkcji – po wykonaniu tylko jednego auta. A wszystkie były wytwarzane ręcznie w fabryce koło Modeny – zaraz pod nosem Ferrari i Lamborghini.

Cizeta miażdzyła konkurencję technologią. Złota zasada konstruowania supersamochodów mówiła, że auto ma być niskie i szerokie a do jego napędu użyto dwóch V8 od Lamborghini i te, w gruncie rzeczy, połączono w jedno. Nawet wał napędowy i głowice cylindrów pochodzą z Urraco. Wysokoobrotowe V16 było ułożone poprzecznie za kierowcą i za pomocą 5-biegowej skrzyni biegów przenosiło 540 koni mocy na asfalt. To była, słuchajcie, 64-zaworowa jednostka! Wymagała 8 wałków rozrządu i 2 chłodnic. 540 koni to jest dużo więcej niż w Lamborghini Diablo. Rozumiecie powagę sytuacji? Takie coś trzeba też zmieścić pod karoserią. Między innymi to wymuszało tak płaski i szeroki kształt nadwozia. Nigdy wcześniej V16 nie trafiło do auta w poprzecznym ułożeniu. Cizeta była pierwsza.

Rurowa rama przestrzenna była już bardziej konwencjonalnym rozwiązaniem a każde koło stało na podwójnych wahaczach. Za karoserię odpowiedzialny był Marcelo Gandini – facet popełnił Miurę, Countacha, Stratosa, De Tomaso i później Bugatti EB110, więc wstydu być nie mogło. I właśnie platformy Miury oraz Countacha Gandini wyjął z odzysku. Miał zaprojektować następcę tego drugiego, ale jak Chrysler zobaczył ile tam namieszał, to mu powiedzieli, że „nie no… tyle to nie…” Nawet mu nie kazano ugłaskać swojego projektu – sami to zrobili i tak powstało Diablo. Gandini pokazał im fakolca i poszedł do Zampollego a Cizeta to Diablo – tylko że nietrzymane za ryj przez korpo. W procesie projektowania brało udział więcej osób związanych z panem Ferruccio niż teraz robi w całych zakładach Lamborghini – teraz czy nawet 20 lat temu. Olivero Pedrazzi – główny inżynier i architekt silnika. Nad zawieszeniem czuwał Achille Bevini a nad podwoziem: Ianose Bronzatti. Wszyscy Lamborghini. Mam na myśli „prawdziwi Lamborghini”.

Projekt był tak skomplikowany, że wśród wszystkich zaangażowanych osób były same legendy architektury pojazdowej – i nikt z obecnych nie odważył się wykonać jeżdżącego prototypu. Dopiero kiedy w zakładzie zawitał Giancarlo Guerra, wtedy powstał pierwszy egzemplarz. Guerra miał 40 lat doświadczenia na swoim stanowisku i to na najwyższym szczeblu. On nadał kształt pierwszemu Ferrari 250 GTO i on pokazał ludziom w Lamborghini jak mają wykonać skomplikowane podwozie oraz karoserię do ich Countacha. Zanim Guerra nie przyjechał do Cizety, nikt tego nie dotykał – nikt nawet nie próbował. Tak ogromne to było przedsięwzięcie.

V16T było zajebistym autem, tylko bardzo nieszczęśliwym. Cizeta trafiła do sprzedaży dokładnie w momencie zapaści rynku supersamochodów i nie dostała swojej szansy. Plan zakładał jedno autko na miesiąc ale zdołano ukończyć tylko 9 sztuk. Dopiero po przeprowadzce do USA wykonano kilka kolejnych egzemplarzy, w tym conajmniej jeden Spider TTJ, a auto – uwaga – JEST DALEJ W PRODUKCJI! Co prawda od 2003 roku żadna sztuka nie powstała ale sam Zampolli w wywiadzie udzielonym w 2018 roku stwierdził, że właściwie projektu nigdy nie zakończył technicznie rzecz biorąc auto jest stale dostępne do zakupu (to znaczy było, dopóki mu się nie zeszło w ubiegłym roku). Supersamochód z końca lat ’80-tych w stanie nówka sztuka wprost z fabryki, wyobrażacie to sobie? Auto specjalne pod każdym względem. Z ogromnym silnikiem i olbrzymią mocą. Bez turbin, bez ABSu, bez napędu na wszystkie koła. Zdolne do rozpędzenia się ponad 320 km/h a nigdy nie odbyło testów w tunelu aerodynamicznym. „Lamborghini nigdy nie dbał o testy aero.” Auto które nie rywalizowało per se, ale wytaczało swoją własną ścieżkę w segmencie supersamochodów. A pierwszy – historyczny egzemplarz? Jedyny z oznaczeniem Moroder… Jest w pełni na chodzie i można go będzie zobaczyć – i nabyć – na aukcji w Phoenix już za 2 tygodnie, bo 26 stycznia 2022 roku.

Krzysztof Wilk
Na podstawie: favcars.com | wheelsage.org | wikipedia.org | ultimatecarpage.com | autozine.org | supercars.net | caranddriver.com | silodrome.com | topgear.com

1992 – Volkswagen Corrado VR6

Niemcy późnych lat ’80-tych – Volkswagen przedstawia swój najdroższy projekt w historii: VW Corrado… Ale, jak to – Corrado? Ano dobrze widzicie. Model ten powstał by zastąpić, narysowanego BTW w zakładach Italdesign Giugiaro, Volkswagena Scirocco i miał być od niego bardziej nowoczesny oraz w założeniu lepszy konstrukcyjnie. Budę zlecono podwykonawcy z zaufaniem – Karmann. Współpraca z nimi trwała już latami i owocowała takim np. Volkswagenem Karmann Ghia, który był wielkim sukcesem już w 1955 roku i to powstałym w liczbie ponad pół miliona egzemplarzy. Karmann stał za powodzeniem rzeczonego Scirocco – tak pierwszej, jak i drugiej generacji. Możnaby powiedzieć, że znają się na robocie.

Corrado było więc pochodną Golfa na platformie Mk2. Dzieliło z nim rozstaw osi i większość mechaniki, ale sama belka skrętna od dupy strony pochodziła z większego Passata. Jeśli chodzi o kształt nadwozia – może urodą na kolana nie powalał, ale płaski nos i gruba dupa wspólnie obniżały współczynnik oporu powietrza do 0.32. Wczesne wersje z silnikami od Golfa GTI miały 1.8 16V o mocy 136 koni mechanicznych, szybko wzbogacone o motor z rodziny G60 – osiem zaworów z kompresorem, co może starczyło do zaparzania herbaty, ale nie jeździło. Volkswagen z takim silnikiem musiał rżnąć przez bite 8 sekund, żeby się rozbujać do setki… ale nie za przyspieszenie ludzie kochają ten model. Auto prowadziło się tak perfekcyjnie, że magazyn Autocar uznał je za jedno z najlepszych przednionapędowców wszechczasów – a CAR twierdził, że jest jednym z 25 aut, którymi każdy musi się przejechać zanim zdechnie. Tak więc, Dzidki, słyszeliście: najpierw pojeździć Volkswagenem a dopiero potem sznur, ulubiona gałąź i reszta planów na weekend.

Corrado dużo traciło na słabym motorze i klienci woleli zwrócić się w inną stronę. Na rozwiązanie z prawdziwego zdarzenia kazano nam czekać aż do 1992 roku, kiedy VW dokonał kuchennych rewolucji pod maską swoich modeli. Cały myk polegał na tym, żeby do małego auta wsadzić motor na tyle bogaty w cylindry, żeby to miało osiągi – a na tyle niewielki, żeby mógł się tam poprzecznie zmieścić. Vee Reihenmotor – czyli rzędowa V-ka. Nie jest to nic wielce nowego: układ VR Lancia pakowała do samolotów już w latach ’20-stych a jego początki datuje się na jeszcze 40 lat wstecz. Nikt jednak nie stosował czegoś podobnego w samochodach. A było to V6 o bardzo wąskim rozwarciu – 15 stopni – dzięki czemu silnik chował się za jedną głowicą i miał kompaktowe rozmiary zwykłej rzędowej czwórki. Premiera VR6 miała miejsce w Genewie na Motor Show roku 1991. Motor ten napędzać miał pewne wersje Volkswagena Passata. Takie bydło robiło 190 koni mocy z 2.9 litra pojemności, co pozwalało na przyspieszenie rzędu 6.5 do setki. Wiecie co robiło 6.5 sekundy w ’92 roku? Porsche 968 Clubsport! To już niedaleko do Escorta RS Cosworth, który również był w tym terytorium. Nie było ani żadnej V6 na rynku, ani 4 cylindrów z turbem, które pracowałoby równie zajedwabiście jak VR6, które równałyby się z nim elastycznością bądź raczyły kierowcę podobną ucztą dla uszu.

Power lądował na asfalcie dzięki bardzo szybkiej i precyzyjnej 5-stopniowej przekładni. Zawieszenie to był hit – jazda płynna, precyzyjna a zachowanie auta łatwe do przewidzenia. Reakcja na ruch kierownicy niemal natychmiastowa. Mimo przedniego napędu Corrado nie męczyła siła pociągowa od przyspieszania – kierownicę wyginało dopiero podczas bezlitosnego katowania. Zawieszenie było twarde, ale dobrze wybierało nierówności – podobnie jak w VW-genie GTI. Wiele elementów pochodziło z nowszej platformy Golfa Mk3. Do tego auto miało szerzej rozstawione koła z przodu, co wymagało zmian w aerodynamice. Tak przód, jak i tył powzmacniano rozpórkami a spoiler na klapie bagażnika się automatycznie podnosił przy odpowiedniej prędkości zapewniając milimetr dodatkowej stabilności. I tak – nawet taka Fiesta ST była względem przyspieszenia groźna, ale prowadzeniem w ogóle nie mogła się równać absolutnie. Auto doskonale się komunikuje z kierowcą, skrzynia zachęca do redukcji przed każdym łukiem a motor płynnie dostarcza energii zamiast agresywnie wciskać w fotel.

Volkswagen z modelem Corrado rzucił rękawicę takim – dziś już klasykom – jak Calibra, Celica, Ford Probe czy Honda Prelude. Można się kłócić, czy rywale oferowali lepsze auta – oni jednak ten wyścig z Niemcami wygrali. Wszystkich modeli Corrado powstało niespełna 100 tysięcy a tylko garstka z silnikiem VR6. Sama pierwsza generacja Scirocco w porównywalnym czasie przebiła te liczby pięciokrotnie. Mimo to – Corrado biło taką konkurencję niemal pod każdym względem. Przy dużo krótszym nadwoziu od ww. mieściło wygodnie dwójkę dorosłych na tylnych siedzeniach. Przednie fotele zapewniały komfort podczas długich podróży. Ergonomia wnętrza była przemyślana. Spalanie: conajmniej rozsądne, silnik doskonały a właściwości jezdne nie z tej ziemi.

Dzisiaj – w dobie rzędowych silników z doładowaniem – takie Corrado to unikat. Jego VR6 nie boi się przebiegów i nawet 30-letni dziad zadowala osiągami w pełnym spektrum obrotów a buda wygodnie pomieści rodzinę. To wszystko w modelu, który śmiało walczy o miano najlepszego przednionapędowca wszechczasów – ramię w ramię z Integrą Type R i Lotusem Elan. A teraz… dobrze jeśli ich zostało 2000 przy życiu.

Krzysztof Wilk
Na podstawie: favcars.com | wheelsage.org | wikipedia.org | autozine.org | retromotor.co.uk | pistonheads.com | evo.co.uk

1969 – Nissan Fairlady 240Z HS30

Druga Wojna zakończyła się niemal dwiema dekadami globalnej dominacji angielskich aut sportowych. Auta marki Healey, Jaguary, MG czy Triumphy można było zobaczyć wszędzie w świecie – a już w USA to w ogóle panie idź pan w chuj. Włosi pierwsi rzucili rękawicę Anglikom i w latach ’60-tych Alfa Rumuno i Fiat zaprezentowały swoje, pożal się Boże, modele – ale poważny luj na serio przyszedł z zupełnie innej strony.

Ogólnie lata ’60-te były owocne w skośnookie samochodziki. Tanie i oszczędne w spalanie autka z chińskimi znaczkami zalały hamburgerski rynek, co dodatkowo napędzało produkzionen za oceanem i zachęciło krótkie chuje do mierzenia wyżej. W żółtkach rozbudziły się ambicje – i to niemałe. A co jakby zrobić japońskie auto zdolne do wpierdalania najlepszych sportowych maszyn ze wszystkich stron świata? Przedstawiam wam Fairlady – Datsuna 240 Z.

Ojcem Dyrektorem projektu 240Z był Yutaka Kutaka Katayama Karateka, czyli ówczesny szef amerykańskiej sekcji Nissana. Jeszcze w 1965 poszedł do Japonii, do głównego siedliszcza działu rozwoju tego ichniego Poloneza, znalazł głównego inżyniera, projektanta i konstruktora w trójcy jedynego i mu powiedział, że ma wypierdalać z tymi ekono-sraczami, bo jak drugi raz tam przyjdzie, to go zmusi do popełnienia bukkake tępym narzędziem. W dupę. I spierdoli mu święta. To były przemawiające argumenty za tym, aby zająć się autami sportowymi. Do tego pan Kutarate przekonał główny zarząd, że murzyński rynek będzie w stanie przyjąć dobre 3k egzemplarzy MIESIĘCZNIE – nie wiem jakich argumentów użył, ale się domyślam – i admirał gwiezdnej floty wydał rozporządzenie, że takie auto ma powstać. I w 4 lata powstało.

Szef Nissana nazwał nowy model Fairlady, ale to wtedy przyszedł pan Yutaka – cały na biało – i mu powiedział, żeby wziął 20 metrów, się rozpędził i pierdolnął głową w ścianę. Nissan – Datsun właściwie – miał już w swej ofercie model Fairlady. W późnych latach ’50-tych, kiedy Datsun oferował aż całe 3 modele, już ta nazwa funkcjonowała. Jednym była plastikowa zapalniczka: model 1000, drugim kurwa ciężarowy pickup – a trzecim właśnie Datsun Sport, znany na różnych rynkach jako Fairlady – który ładny nawet był… szkoda tylko, że nie jeździł. A nowy model, to musiała być bomba! Katayama powiedział, że ma się nazywać 240Z. Od silnika 2.4L, który zapierdala inne maszyny na rozkaz i bez rozkazu z resztą też.

To był dobry manewr – cały ten model mam na myśli. Pierwsza Z-ta była piękna, trzeba przyznać. Są teorie spiskowe, mówiące o tym, że design popełnił Albrecht von Goertz, który miał już wtedy na koncie BMW model 507. Argumenty za: miał on swoją krótką karierę w Nissanie aż do 1964 roku – ale absolutnej pewności nie ma, więc wszystkie laury oficjalnie spadają na biuro stylistyczne Nissana i Yoshihiko Matsuo na czele. Innych inspiracji można szukać w E-Typie… może Toyocie 2000GT. Jeśli chodzi o proporcje, to na myśl przychodzi Ferrari 250GTO. Projekt czerpał garściami od liderów, łączył wszystko co najlepsze – a i tak wyglądał oryginalnie. Chapeau bas! Do tego nie trącił dziadem jak już było w przypadku Anglików i Włochów. Co więcej, MG i Triumphy na pierwszy rzut oka były najbliższą rywalizacją dla nowego Nissana, ale 240Z bez problemu mierzył się z drogimi Jaguarami i Porsche – i słowem nie narzekał.

Miał technologię na pokładzie i był nowoczesny. Za projektem przemawiała karoseria stojąca na w pełni niezależnym zawieszeniu z kolumnami McPhersona z przodu oraz wielowahaczowym systemie Chapmana z tyłu. Przód zatrzymywały tarczowe hamulce a rzędowa szóstka przerzucała miodek na koła za pomocą 5-biegowej skrzyni. 151 koni mechanicznych starczało do 8 sekund przyspieszenia i tak aż do 200 km/h (125 mph). Z D Y C H A Ł Y takie produkcje jak: MGB z biedną 4-biegową skrzynią (165kph), Triumph TR6 (175kph), Alfa Romeo Spider (185kph w najmocniejszej wersji Spider Veloce), czy Fiat 124 Spider (170kph). Czasów do setki nawet nie będę porównywał, bo liczby zwiększałyby się dwukrotnie w stosunku do Nissana a moce silnika, to już w ogóle szkoda strzępić ryja.

Kierowcy chwalili auto nie tylko za zryw, ale i za to jak się trzyma drogi. Doskonałe właściwości jezdne i szybka reakcja zapewniała wspaniałe odczucia. Co prawda auto było trochę drewniane przy niskich prędkościach, ale na szybkich łukach to już bajka nie z tej ziemi. Rozkład masy wynosił niemal 50:50 a rzędową szóstkę chińce zbalansowali lepiej niż jakiekolwiek cztery cylindry w tamtym momencie na rynku. Ich 240Z było ciche i bardziej płynne. Sprawiało frajdę z jazdy i nie męczyło przy tym kierowcy.

Podsumowując: są osiągi, mamy zaawansowaną technologię, ponadczasowy design urywa dupę a do tego cena nie niszczy budżetu rodziny. Co się może nie udać?! Otóż, kurwa, nic! Ameryka przyjęła Nissana z otwartyma ręcyma – można powiedzieć, że nawet nogi dla chińczyków rozłożyli szerzej, niż jakby Elvis na wieczór przyjechał. Pierwsza generacja powstawała od 1969 do 1978 i sprzedała się w ponad pół miliona egzemplarzach – z czego tylko 80 tysięcy zostało w krainie zbrodni wojennych (nie, tym razem nie chodzi o Izrael). Reszta znalazła szczęśliwych nabywców głównie w USA a Amerykanie płacili za to gówno niemal 70 TYSIĘCY RAZY ROCZNIE! Japoński młynek się kręcił a MG i Triumphy zdechły na śmierć – Fiat zcancellował całą linię modelową z tego tytułu.

Na koniec zostaje jeszcze pytanie… Ale dzidku, czy Nissan 240Z i Fairlady Z to to samo? I tak, i nie. Jak wiemy w Japonii były różne popierdolone reguły podatkowe i aby sprawnie robić szacher-macher skośnookie Nissany – Fairlady Z – miały tylko 2-litery pojemności i 130 koni mocy. Były za to szybsze wersje Z432 ze 160 konnym sercem ze Skyline’a GT-R. Takie coś miało 24 zawory, 3 gaźniki i podwójne wałki rozrządu. 420 sztuk tego było – coś wspaniałego.

A Amerykanie? Im pozostało zwiększyć pojemność do 2.6-litra w wersji 260Z [1974] a potem 2.8 w 280Z z 1975 roku. Musieli, bo normy emisji i bezpieczeństwa zabiłyby model, który tak pokochali. W 1971 roku auta wyposażane mogły być w 3-biegowe automaty a w 1974 do salonów trafił wariant 2+2 z wydłużonym rozstawem osi i przeprojektowanym tyłem tak, aby pomieścić zestaw dodatkowych siedzeń. W ten sposób zwiększyła się ilość adresatów takiego biznesu i słupki sprzedaży ponownie wzrosły – mimo, że osiągi musiały przecież na tym ucierpieć. S30 to był taki sukces, że żadna późniejsza generacja mu nigdy nie dorówna. Do tego auto walczyło sportowo i wyszło zwycięsko z 21-szej edycji Rajdu Safari w 1973 roku a w SCCA było groźne przez całą dekadę – zdobywając tytuły mistrzowskie w 1970 i 1971. Co więcej – w 2013 roku (tak: w 40 lat po rozpoczęciu produkcji!) 240Z zdobyło mistrza 97-mej edycji SCCA ustanawiając rekordy na torach Sebring, Road America, Daytona i czterech innych. Kawał historii, charakteru i jedno z najbardziej istotych aut sportowych świata.

Krzysztof Wilk
Na podstawie: favcars.com | wheelsage.org | wikipedia.org | autozine.org | tech-racingcars.wikidot.com | evo.co.uk

1967 – Pontiac Firebird

Nazwisko tego pana pewnie wielu z nas zna – choćby ze słyszenia. To jest John Zachary DeLorean. Urodził się w Detroit lat 20-stych, gdzie podejmował edukację i mimo rozwodu rodziców – jego stary pijany (już pomijając sam fakt, że był rumuńskim imigrantem) był wiecznie pijany – John zdobył tytuł inżyniera na polibudzie a potem został magistrem. Ojciec pracował niegdyś dla Ford Motor Company, więc naturalną koleją rzeczy nasz bohater rozpoczął karierę w Chryslerze a potem i General Motors – pracując dla wrogów.

W barwach GM został posadzony na stanowisku asystenta głównego inżyniera marki Pontiac, a po 5 latach sam zajął to stanowisko. Może się poszczycić takimi dokonaniami jak silnik OHC 6 z bezkolizyjnym rozrządem, który nawet jak jebnie, to zawory były bezpieczne. Sam pasek był wzmocniony włóknem szklanym, dzięki czemu silnik był cichy i wyróżniał się kulturą pracy na tle konkurencji. I takie coś – w standardzie modelu Tempest – potrafiło w 165 koni mocy (ta wartość z czasem wzrosła) ALE pracowało również w prototypie o nazwie Banshee.

Banshee to było srogie kurestwo – a pod projektem mógł podpisać się nasz bohater: John DeLorean, a jakże! Agresywna, opływowa linia nadwozia i sportowe usposobienie cechowały odpowiedź Pontiaca… odpowiedź na co? A zaraz opowiem. Generalnie Pontiac to nie był żaden hit jeśli chodzi o osiągi i wrażenia z jazdy. Sama nazwa pochodzi od wodza Indian z plemienia Ottawów (źródło per Wikipedia) a pierwszy raz w motoryzacji pojawiła się na autach marki Oakland na początku stulecia. Tam później Chrysler Oaklanda wykupił, ale Chrysler to był konkret a Oakland – bieda straszna. Różnica cenowa rozciągała się od chuja do płota, więc koncern postanowił wypełnić lukę – powołano 4 nowe marki. Najpierw do życia przywrócono Pontiaca, który oferował ciutkę droższe od Oaklanda furmanki, ale wciąż były tanie jak dziwki z Roksy. I tak sobie marka trwała w tym marazmie aż do lat ’60-tych, kiedy na bazie modelu Tempest powstał Pontiac GTO [1964]. Wtedy ludzie zaczęli łączyć kropki i zaakceptowali fakt, że Pontiac może być szybki. DeLorean skończył koncept Banshee ale auto atakowało ten sam rynek co Chevrolet Corvette – bardzo drogie auto, kosztowny projekt i gigantyczna inwestycja całego koncernu. Nie można było ryzykować bratobójczej wojny z flagowym modelem i dużym autem sportowym marki. Wyłoniła się jednak inna nisza…

W połowie lat ’60-tych Ford dokonał ofensywy w strefie niewielkich aut ze sportowym zacięciem. Z salonów wyjechały bliźniacze modele z segmentu zwanego później „Pony”. Mustang oferował czyste osiągi za rozsądną cenę, podczas gdy bazujący na nim Cougar był wersją Forda zorientowaną na komfort i luksus. Chrysler musiał oddać cios. Powstał już w międzyczasie drugi prototyp sportowego Banshee, ale mając na uwadze przyszłość modelu Corvette, zdecydowano się podjąć prace nad Chevroletem Camaro. Camaro został przedstawiany jako „pożeracz mustangów”. Na podstawie tego auta miała powstać bliźniacza wersja z silnikiem Pontiaca.

Za pracami stał sam DeLorean i auto bazowało na modelu Chevroleta, ale końcowo dzieliło z nim niewiele części poza samą platformą (F-body). Obłość nadwozia (podobnie jak w przypadku Camaro) przypominała nieco Banshee a pod maską pracowało 3.8-litrowe 6 cylindrów w rzędzie. Z czasem pojemność tego motoru wzrosła do 4.1 litra a co za tym idzie: moc ze 165 do 175 koni mechanicznych, bądź nawet 215 z właściwym do tego celu gaźnikiem. Camaro również miało 3.8 litra i silnik Pontiaca bazował swoją architekturę na ich motorach, ale zrobili to lepiej od Chevroleta i mogli wyposażyć dzięki temu swe pojazdy w mocniejsze serca. A propos mocniejszego serca…

Do Firebirda był szeroki wachlarz opcji zakupowych, a wśród nich – i to był najczęstszy wybór – widlaste 8 cylindrów w trzech pojemnościach. Podwójny gaźnik do 5.3-litrowego (226) V8 pozwalał na osiągi rzędu 215 koni mechanicznych – a poczwórny: już 285! Takie auta nazywały się H.O., od „high output”. Tego typu gaźniki wielce przyjaźniły się również z jednostkami o pojemności 6.6 litra (400 cu in) wprost z modelu GTO a to dawało już pełne 325 kucy i robiło młyn, że w pizdu. Auto z roku na rok stale rosło w siłę i najmocniejsze wersje wyciskały po 345 koni mocy, co pozwalało na przyspieszenie do setki w mniej niż 5.5 sekundy.

Tych wersji wyposażenia było multum i do swojego V8 dokupić można było np. „Ram Air”, co wzbogacało nasz pojazd o wloty na masce (które były tam zawsze, ale do tej pory tylko dla szpanu – teraz to inna rozmowa i miały swoją funkcję), głowice o większej przepustowości i bardziej mocarne zawory wraz ze zmodyfikowanym rozrządem. Co prawda moc dzięki temu nie rosła… co jest z lekka podejrzane – ale cały power wchodził wyżej: przy 5.2 tys. obrotów, kiedy silnik bez Ram Airu zdychał przy 4.8k. Fajne to było, ale najbardziej w katalogu interesuje nas opcja kryjąca się za kodem WS4. WS4 nosił tytuł „Trans Am performance and appearance package”, został przedstawiony w 1969 (czyli w trzecim – i ostatnim roku produkcji Firebirda pierwszej generacji) i kosztował tysiąc zielonych (choć są źródła, które mówią o 725 dolarach). Każdy Trans Am był biały i z niebieskimi pasami. Do tego – podwójne wloty na masce, venty za nadkolami oraz spojler na klapie bagażnika. Auto otrzymywało wtedy też dodatkowy stabilizator na przedniej osi, sportowe zawieszenie, wspomaganie kierownicy i nowe felgi. Swoją drogą – nazwa tego pakietu pochodziła od serii wyścigów w Ameryce i została, nieprzymierzając, zajebana bezprawnie. SCCA groziła oczywiście pozwem, ale poszli na ugodę za… 5 dolarów z każdego sprzedanego auta. A co najlepsze – Firebirdy walczyły w tej amerykańskiej serii i zarówno w latach ’60-tych, jak i ’70-tych podejmowały Mustangi, Camaro czy Challengery… ale nigdy nie były to Trans Amy, bo ich moc pompowały za duże silniki (wszystkie miały 400 cu in – czyli 6.6l) i przez to nie spełniały regulacji. Te Trans-Amy z 1969 są najmocniejszymi wersjami Firebirda w całej historii tego modelu.

Pierwsza generacja Firebirda trwała przez 3 lata i zdobyła popularność w liczbie 270 tysięcy sprzedanych egzemplarzy – z czego Trans Am-ów jest niespełna 700. Model powstał na bazie Camaro, które w pierwszym roku produkcji Pontiaca było tańsze o całe 200 złotych i sprzedało się w dwukrotnie większej ilości – wygrało też mocą jeśli chodzi o suche cyferki, ale Pontiac cechuje się zauważalnie lepszym prowadzeniem a sterownością dominował w swojej klasie. Jego silnik był umieszczony głębiej pod maską, co poprawiało środek ciężkości względem Chevroleta. Miał być nagrodą pocieszenia dla ludzi z Pontiac Motor Division za uwalenie ich auta sportowego. Co się okazało – GM od samego początku miał rację. Corvette żyje do dziś i ma się dobrze a model Firebird w swej długiej historii (35 lat i 4 generacje), która rozpoczyna się teraz, stanie się jedną z legend ery American Muscle.

Krzysztof Wilk
Na podstawie: favcars.com | wheelsage.org | wikipedia.org | haynes.com | hagerty.com | autoevolution.com | raybuck.com | musclecarclub.com | amazingclassiccars.com | hotcars.com | transamworld.com

1987 – Porsche 959 Sport II

To będzie opowieść tylko w połowie o Porsche – a w połowie o mechanice, która czyni to auto tym, czym jest. Artykuł powstał trochę w celu przybliżenia wam modelu 959, który jest wysoko na mojej topliście – a trochę w celu wyjaśnienia dlaczego został on ikoną motoryzacji. Często ludzie myślą o 959 jako o starym Porsche z dużą mocą. Niektórzy wspominają o „zaawansowanej technologii” zawartej w tym modelu – ale jak mamy to rozumieć? 959 – co to właściwie oznacza? Postaram się przedstawić filozofię jaką kierowali się konstruktorzy, oraz jaki impakt miało wejście nowego Porsche na rynek. Usprawiedliwić nieco swoje zdanie kiedy powiem, że najlepszym napędem na 4 koła jest PSK z 959. Twór marki, która nie miała żadnego doświadczenia z takimi systemami nigdy wcześniej i właściwie sama uczyła się nowych rozwiązań na tym polu. To znaczy – zero doświadczenia… jeśli nie brać pod uwagę pierwszego dużego projektu Ferdinanda Porsche, który zaczął właśnie od 4×4 – nie dość, że tworząc pierwszy pojazd tego typu na świecie, to jeszcze umieszczając silniki w piastach kół… ale to opowieść na inny wieczór.

Porsche w latach ’80-tych dało nam przepiękne auto, które nie tylko przemodelowało cały segment supersamochodów pod względem swych osiągów, lecz oferowało również pełen zestaw technologii z czterema zaworami na cylinder, sekwencyjnym twin-turbo, samopoziomującym się zawieszeniem i zaawansowanym aero, czy karoserią z włókien węglowych… ALE TO WSZYSTKO TO CHUJ. Cała ta przewaga w pozwoliła na zdystansowanie się 959 od wszelkich rywali na rynku, ale ja chciałbym poruszyć temat konstrukcji najlepszego napędu na wszystkie koła jaki do tej pory został wykonany. Porsche-Steuer Kupplung było chyba pierwszym elektronicznie sterowanym z komputera rozdziałem mocy na wszystkie koła – i system miał swą premierę wraz z modelem 959. Nawet w 3 dekady po tym fakcie ludzkość nie była w stanie nakreślić nic bardziej zaawansowanego niż to gówno. Zwykle napęd na obie osie ma stały rozdział momentu obrotowego przy normalnej jeździe, czyli kiedy każde koło trzyma trakcję. W momencie, gdy jedno koło zaczyna ją gubić, większość sprytnie wykonanych układów napędowych potrafi manipulować przeniesieniem mocy w zakresach bliskich 40:60 do 50:50. Sportowe auta zbliżają się do 35% na przód 65% na tył – jak np. bywa to w Subaru WRX-ach. Porsche 959, 35 lat temu, było w stanie przerzucać moc w liczbie między 20:80 a 50:50 – uwaga – W NORMALNYCH WARUNKACH PRZY PEŁNEJ TRAKCJI. Kierowca mógł dostosować tryb z kabiny, albo zostawić całą pracę komputerowi aby ten: analizował poziom odchylenia i przeciążeń, pozycję kierownicy oraz pedału gazu a nawet poziom doładowania z turbo, aby właściwie zadecydować o przeniesieniu napędu dla lepszego przyspieszenia. Nic nigdy nie było tak wszechstronne jak PSK. Nigdy.

Cały trik polegał na tym, że Porsche nie dało tam normalnego centralnego dyferencjału, który odpowiadałby za rozdział mocy, a zamiast tego w 959 znajdowało się wielotarczowe sprzęgło. Takie coś miało 6 osobnych płyt sterowanych niezależnie z komputera, który operował nimi za pomocą hydrauliki. W gruncie rzeczy możnaby powiedzieć, że działało to jak 6 sztuk różnych sprzęgieł. Żeby to działało, już na wstępie szybkość na przednim wale napędowym musi być odmienna od tej na tylnym. To dla Niemców nie był problem – każde 959 okutano w przednie opony o 1% większe niż te z tyłu. Szybkość na kołach była inna a więc moment na wale też się różnił. Działa? Działa! Oba wały wykazują różne wartości, więc hydraulika dopina pierwszy talerz sprzęgła i niewielka ilość mocy wędruje do przodu. Dopina się drugi talerz i kolejny – więcej poweru zmierza na przód. W momencie, gdy komputer zadecydował o pracy wszystkich 6 talerzy – moc wynosiła 50:50.

Najbardziej optymalny dla auta podział musiał wynosić 40:60, bo tak wyglądał rozkład mas 959, ale podczas przyspieszania środek ciężkości się przemieszcza, więc komputer wysyła dodatkowy power do tyłu, bo wie, że tam będzie miał najlepszą trakcję. Nawet 80% może w ten sposób zrobić lepszy użytek z tylnej osi zamiast marnować się na przedzie. Gdy powierzchnia jest śliska napęd wraca do 50:50 jeszcze ZANIM koła zaczną mielić. Gdy już jednak do tego dojdzie – wszystkie płyty się zapinają aby wyjść z kryzysu braku przyczepności a oś, która ma jej najwięcej dostaje największy przydział momentu obrotowego.

Ja się zawsze zachwycam napędem na wszystkie koła i jestem trochę „biased” – ale 4×4 ma też swoje wady. Zwykle tego typu auta są ciężkie i zawsze część mocy jest gubiona po drodze. Również w tym aspekcie Porsche nie zawiodło: 959 w wersjach Sport ważą nie więcej 1350 kg (pojazd o mocy 450 KM – przypominam). Co więcej można mieć poważne wątpliwości co do użycia sprzęgieł w takiej ilości – przecież to się nieustannie ściera i napewno jest drogie w wymianie. No jest – ale inżynierowie Porsche zapewniają, że same tarcze sprzęgła są tak wymierzone, że ich zużycie jest właściwie pomijalne i taki system ma spokojnie przeżyć całe auto a różnica obrotu pomiędzy nimi jest tak niewielka, że CONAJMNIEJ 99.6% mocy wytwarzanej przez silnik trafia końcowo na asfalt. ŁEB ROZJEBANY!

Dlaczego zatem Porsche nie zdecydowało się na PSK w innych modelach – jak 911? Otóż taka zabawa jest droga jak sam chuj – ale uwaga: do Carrera 4 jeździ na tzw. „PSK po taniości”, czyli znalazła swoje ujście wiedza zaczerpnięta z rajdu Paryż-Dakar, gdzie uczestniczyła 911 4×4 oraz doświadczenie z 959 właśnie. Mechanicy Porsche nazwali to „PSK metodą chałupniczą”. Auto miało 3 mechanizmy różnicowe połączone z multi-tarczowym sprzęgłem. Centralny dyfer wysyłał 69% na tył w normalnych warunkach – z tym, że nie miał wektorowania mocy jak w przypadku 959 – ale mimo to sam rozdział nie był stały. Sprzęgło aktywowało się w momencie, gdy ABS wykrył utratę przyczepności tylnej osi i wtedy wysyłał nadwyżki mocy na przód. Jest to krok naprzód względem czysto mechanicznego quattro, ale nie do końca PSK. Dyfer tylnej osi miał osobne sprzęgło działające na zasadzie szpery i też otrzymywał sygnały z sensorów ABSu. Dlatego właśnie nie wiem co trzeba za balety odpierdalać, żeby udało się stracić trakcję tylnej osi w takim aucie. Do następnej generacji (993) trafiły inne – prostsze rozwiązania, dzięki czemu kierowcy znów mogli latać bokiem i kręcić bąki, na co zezwalała użyta tam wiskoza.

Napęd typu PSK trafił na rynek z premierą Porsche 959 w 1986 roku. 959 nie było jak inne auta od Lamborghini, czy Ferrari. Nie powstało w celu bicia rekordów dla najszybszego na rynku. Porsche nigdy nie uczestniczyło w tym wyścigu szczurów o największą cyferkę na papierze. Już z pierwszym modelem – 356 – Niemcy starali się przynieść światu auto, które nadaje się do jazdy. Takie, które nie dominuje tylko na prostej, ale także skręca, hamuje kiedy trzeba a osiągi nie są okupione niezawodnością. Tak samo prace nad 959 zaczęły się z myślą o nabieraniu doświadczenia w nowych aspektach konstruowania pojazdów. Sama marka robiła dobre szekle na drzewku rozwoju 944 i do kasy napłynęło ponad 100 dużych baniek nadwyżki. Duża część tego pieniądza poszła na prace nad aerodynamiką, kompozytami i właśnie przeniesieniem napędu, bo to uważano za przyszłościowy aspekt.

Do budowy auta przeznaczono platformę z 911, czyli monokok, który poszerzono i pokryto kevlarem. Typowe dla marki sześć cylindrów w układzie boxer było wersją rozwojową silnika z motorsportu. 4×4 było kompletnie nowe, choć wpierw przetestowano je na Carrerach do Dakaru – zanim na dobre trafiło do nadchodzącego modelu. I tak właśnie na targach motoryzacyjnych we Frankfurcie ’83 pokazano prototyp o nazwie Gruppe B, a dopiero potem przyjęto oznaczenie 959. Grupa B właśnie, bo auto miało spełniać wszelkie regulacje tej dyscypliny. Mimo to – nigdy w niej nie uczestniczyło, gdyż tę formę sportu zastąpiono inną zanim doszło do produkcji nowego Porsche. W międzyczasie pokazano ostateczne prototypy i kończono prace konstrukcyjne. Jedynie układy napędowe wymagały ostatnich szlifów. Po rocznej obsuwie, pierwszy model wyjechal z fabryki w 1986 roku i miało ich powstać 200 sztuk, ale lud chciał więcej i ostatecznie ta liczba sięgnęła 230-stu. Technologia na pokładzie była kosmiczna, więc i cena była kosmiczna. Nabywca takiego auta mógł równie dobrze kupić Lamborghini Countacha i spokojnie starczyłoby jeszcze na Testarossę – tak to auto było drogie a mimo to Porsche na całej produkcji straciło ogółem mniej więcej 70M zielonych.

Jako, że monokok 911-stki był generalnie stalową konstrukcją, to w porównaniu do ram przestrzennych u konkurencji, takie rozwiązanie mogło budzić kontrowersje. Rama w Lamborghini była lżejsza a pomysły Porsche były ciężkie do implementacji w świetle faktu, że to auto produkcyjne a nie jedna sztuka do rajdów. Niemcy jednak zamiast wymyślać niestworzone rzeczy z podwoziem, postanowili zaoszczędzić parę kilogramów na karoserii z poliuretanu, stopów aluminium i kevlaru wzmacnianego włóknem szklanym. Ogółem panele nadwozia mogły być w ten sposób lżejsze, względnie tańsze, mocne i łatwe w naprawie. Samego włókna węglowego jest tam tak naprawdę niewiele.

Rozstaw osi odziedziczono po 911-stce, choć auto miało koła szerzej, aby móc pomieścić większe opony. W środku modele były niemal bliźniacze a takie elementy jak drzwi, szyby i dach mają nawet te same wymiary, więc dało się niewielkim kosztem wykonać replikę 959 na bazie modelu 911. Stylizacja 959 była w pełni funkcjonalna a wszystkie elementy aero były w dobrze przemyślane. Otwory z przodu, tylny spojler, wloty po bokach – nad każdym z tych aspektów poświęcano godziny w tunelu aerodynamicznym a pod względem oporów powietrza Porsche ustępowało jedynie Diablo i McLarenowi F1. Wszystko inne bili na łeb – co przyczyniło się do sukcesów w kwestii osiąganych prędkości. I można było pójść krok dalej, ale Niemcy powiedzieli „nein”, bo stabilność mogła na tym ucierpieć a teraz było już doskonale. Karoseria się nie podnosiła ni chuj – nawet podczas pełnego przyspieszania i przy żadnej prędkości. Gdyby zaczęły się problemy z latającym nadwoziem, to auto traciłoby stabilność przy 300 km/h i to już mogłoby być niepożądane, jak ktoś ceni swoje życie. Porsche, w porównaniu do rasowych aut wyścigowych, brakowało docisku – dlatego w zestawieniu z F40 nie miało równego potencjału na torze…

Miało za to inne zalety. Inni producenci zwykle ufali napędzaniu tylnych kół pojazdu. Tak było taniej i nie tworzyło to problemów z nadwagą. 959 jednak pokazało, że 4×4 jest i zawsze będzie lepsze od napędu na tył. Inne superauta jak F40, XJ220, czy Bugatti oferują lepsze osiągi przy pełnej trakcji, ale na krętych serpentynach, czy mokrej nawierzchni Porsche z napędem na wszystkie koła zniszczy każde z wyżej wymienionych. A już 959 miało napęd jak żaden inny – nawet dzisiaj nie ma nic bardziej zaawansowanego w swej konstrukcji i zamyśle. Komputer Porsche wektorował moment obrotowy podczas normalnej jazdy, kiedy inne auta mają takie możliwości tylko podczas braków w trakcji – jeśli w ogóle. Gdy środek ciężkości się przesuwał – napęd się do tego adaptował i zawsze zapewniał 100% dopierdolenia. Dlatego nawet żadne z najnowocześniejszych rozwiązań 4×4 nie ma podbiegu do PSK. Jedynym problemem była cena takiego designu i sam fakt, że nawet w porównaniu do innych aut z napędem na wszystkie koła – PSK musiało swoje ważyć.

Auto stało na podwójnych wahaczach z przodu i z tyłu – a w zawieszeniu można było regulować zarówno prześwit, jak i twardość. Teoretycznie – jakby ktoś sobie życzył – można było jechać w offroad. 6-stopniowa skrzynia biegów miała nawet specjalne przełożenie do tego celu. I kierowca mógł to zostawić komputerowi, albo samemu wybierać różne ustawienia zawieszenia dla komfortu, lub sportowej jazdy – ale niezależnie od selekcji trybów jazdy, czy ustawień – auto samo utwardziłoby obniżoną karoserię przy prędkościach powyżej 50 i jeszcze dodatkowo powyżej 100 mph, aby zredukować środek ciężkości i zapewnić maksimum stabilności. 959 miało ABS na wszystkich kołach – jako pierwszy supercar – i wentylowane tarcze z 4-tłoczkowymi zaciskami.

I taką technologię można było kupić w dwóch wersjach: Komfort i Sport. Sport może nie był silniejszy mocą, ale zrzucił dobre 100 kilo, więc osiągi faktycznie na tym zyskały. Pozbyto się wyciszenia kabiny i poziomowania zawieszenia. Poleciało radio, klima i elektryczne szyby. W odchudzonej wersji nie było centralnego zamka, tylnych foteli – a na zewnątrz: lusterka od strony pasażera. Pół-elektryczne skórzane siedzenia zastąpiono sportowymi fotelami. Porsche musiało zrobić wersję sportową, bo to był trochę scam szczerze mówiąc. Papiery mówiły, że waga wersji Sport nie przekracza 1350 kg, a w rzeczywistości (przy zalanym do połowy baku) cyferki wskakiwały w przedział 1.5 tony. Wersji Sport – tej odchudzonej!

Auto prowadziło się doskonale – już od pierwszych wersji przedprodukcyjnych. Wszystkie superauta lat ’80-tych momentalnie poszły do kosza. Jednego dnia stały się przestarzałe. Tak – miały duże silniki, dwanaście cylindrów i te sprawy – ale tragicznie się prowadziły, na mokrym to był zwykle dramat, nie zapewniały hamowania na poziomie (tym bardziej w porównaniu do oferowanej mocy) a o komforcie nie było mowy w ogóle. 959 to nowa generacja supersamochodów. Szybsza, doładowana i w kurwę droga. Porsche oferowało wysoki poziom luksusu w bydlacko szybkim aucie – szczególnie na zakrętach. Przednia oś trzymała się drogi jak PiSowcy stołków w państwowych spółkach, dzięki czemu można było wychodzić z łuku przy 5k obrotów bez strachu. Technicznie – F40 będzie szybsze ze swoim obniżonym środkiem ciężkości i lżejszym podwoziem, ale każdy normalny człowiek mając na uwadze wszystkie za i przeciw – wskazałby Porsche jako lepsze auto.

I nawet mimo swojej nadwagi – nie można odmówić Porsche serca do walki. Co prawda w Grupie B jeździły auta, które się mieściły w 900 kilogramach i zeżarłyby takie 959 bez popity, gdyby do konfrontacji doszło. Gdyby kalkulowało się pchać w te zawody tak przepotężnie drogą maszynę. Auto jednak mogło uczestniczyć w rajdach na afrykańskich pustkowiach. Paryż-Dakar był bardzo poważaną dyscypliną a konkurencja była zdecydowanie mniej wymagająca. Porsche rywalizowało wtedy z Mercedesami G, Mitsubishi Pajero, czy Oplem Mantą a mieli spośród stawki lepsze zaplecze finansowe, najlepszą maszynę, nadwyżki mocy i napęd na wszystkie koła w aucie, które było w gruncie rzeczy B-Grupową rajdówką. Co mogło się nie udać? Najpierw w 1984 roku do rywalizacji wkroczyły 3 sztuki 911 SC/RS 4×4 z wczesną wersją PSK bez wektorowania momentu i te auta łatwo pokończyły na 1-szej, 2-giej i 26-tej pozycji. Do następnej edycji zgłoszono 3 sztuki prototypów 959. Zamiast twin turbo miały 3.2 litra z Carrery i 230 koni mocy, choć przeniesienie napędu i układ zawieszenia był już końcową wersją z 959. Wszystkie trzy wycofały się z powodu usterek. Ostatnia próba odbyła się za kierownicą 959 w niemal seryjnej produkcyjnej wersji Sport. Bez regulacji zawieszenia, więc te odpowiednio podwyższono – a turbodoładowany silnik zamknięto w 400 koniach mocy, aby nie rozchorował się od gorszej jakości murzyńskiego paliwa. Jedno z aut zabierało ze sobą dodatkowy balast w postaci kół zapasowych (również dla innych pojazdów) i zestawy naprawcze, przez co niejako pełniło również funkcję serwisową i skończyło na 5-tym miejscu, doprowadzając pozostałe 2 sztuki Porsche do dwóch pierwszych miejsc tego wyścigu. Gdyby nie zostało poświęcone, to zgarnęliby całe podium.

Powstała też wersja torowa, którą później nazwano 961. Zasady Grupy B zezwalały na „ewolucje” pojazdów, które wymagały jedynie 30 sztuk do homologacji. W tym samym czasie do zawodów IMSA GTX nie trzeba było żadnych papierów, więc zdecydowano się na ten format i tylko na rywalizację na torze w Le Mans. Silnik 959 pochodził z wyczynowych konstrukcji do Grupy C i gdyby przywrócić mu dawny blask, np. zwiększając współczynnik doładowania, to spokojnie wydałby i 700 koni. Turbo wróciło do układu z Grupy C i obie turbiny pracowały równolegle a wagę pojazdu obniżono do poziomu 1150 kg. Zawody w 1987 roku zaowocowały spokojnym wyścigiem i 7-mym miejscem na 24h Le Mans a 1-szym w swojej kategorii (IMSA GTX). Wszystkie sześć aut szybszych od Porsche, to były konstrukcje z Grupy C, więc to nie był dyshonor z nimi przegrać. Niemcy spróbowali swych sił ponownie rok później, ale po wypadku zmuszeni byli się wycofać. Fakty wyglądają jednak następująco: żadne inne auto nigdy nie wygrało zarówno rajdu, jak i wyścigu długodystansowego. Jedynym na tyle wszechstronnym modelem aby tego dokonać po dziś dzień pozostaje Porsche 959.

Krzysztof Wilk
Na podstawie: favcars.com | wheelsage.org | wikipedia.org | autozine.org